Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
MP nr 1 (99). Przejdź do spisu treści

Objąć Świętego Jakuba (2)

Jak pielgrzymowałam do Santiago de Compostela

Fotoreportaż z pielgrzymki do Santiago de Compostela


- MP nr 1 (99) z 27 II 2011 /str. 13-19





Portugalia. Zapach kamieni i lasów eukaliptusowych.
Był zimny deszczowy poranek 2 września 2010 roku, kiedy włożyłam plecak i zamknęłam drzwi komorowskiego domu. Zgodnie z tradycją zapakowałam kamyk sprzed domu, żeby go złożyć pod żelaznym krzyżem na górze, w drodze do grobu Świętego Jakuba. W głowie jeszcze miałam słowa błogosławieństwa udzielonego mi na drogę, a przed sobą już pierwsze kilometry z 270, które zostały mi do przejścia. Do grobu Świętego wybrałam szlak portugalski - "Camino Portuges", wiodący z Porto przez Bragę do hiszpańskiego Santiago.

Etap pierwszy - tylko 8 kilometrów


Przez kilka godzin, w trzydziestostopniowym upale, z ciężkim plecakiem błądzę po przemysłowych przedmieściach Porto, zanim na telegraficznym słupie wypatrzę pierwszą żółtą strzałkę - znak Camino, znak Drogi.
Szczęśliwa stawiam pierwsze kroki.
Ale szczęście nie trwa długo. Kierowca mijającej ciężarówki trąbi i pozdrawia:
"bueno camino", ale i ostrzega:
"Uważaj, to wąska szosa i nie ma poboczy". Dodatkowo wzdłuż drogi wiedzie mur, nie ma gdzie uciekać.
Krótko trwa radość. Nie mam czasu podziwiać okolicy, z całą uwagą upewniam się, czy na pewno widzi mnie kierowca kolejnej ciężarówki.
Rozpłaszczam się niemal na murze kiedy mnie mija. Po 8 kilometrach takiej drogi, w upale, bez grama cienia, mam dość. W miejscowości Vilar de Pinhero zatrzymuję się w Residencial Santa Marinia - 15 euro ze śniadaniem.
Zaznaczyłam ten adres na mapce swojej podróży. Ot tak, na wszelki wypadek. Nie przypuszczałam, że naprawdę się przyda, że ustanę już po 8 kilometrach. Jest niedziela. Miasteczko jakby wymarło. Sjesta. Nie raz jeszcze przekonam się, że to święte godziny, w których zamiera handel, zamykane są sklepy, restauracje i bary. Na szczęście w hotelu gospodyni wita mnie już na schodach. Dostaję jasny pokój z ogromnym łożem.
Z trudem zdejmuję ubranie ciężkie od potu. Pranie, prysznic, 2 jogurty na kolację. Telefon do domu - jest ok. - i zapadam w sen. Z przesłonecznienia nie mogę zasnąć. Budzę się kilka razy. Nad ranem śni mi się ziemia porośnięta świeżą trawą... Budzi dziwny niepokój w sercu.

Etap drugi - Vilar de Pinheiro - Vilarinho 10 km Boże, jak tu pięknie!



Rześki poniedziałkowy poranek, upalne południe. Asfaltowa szosa, kamienne murki wzdłuż. Urocze małe miasteczka, winnice, pola. Mimo że szosa dalej bez poboczy, czuję się jużbezpieczniej. Wyspana, wypoczęta, z zapasem wody. Rozglądam się ciekawie.
Zachwyca niespotykana rozmaitość kwiatów. Bugenwille ogromne jak drzewa obrastają niemal każdą rezydencję. Wielu kwiatów i roślin nie potrafię nazwać, widzę je po raz pierwszy w życiu. Hortensje, mimo że to wrzesień, wciąż kwitną jak ogromne kolorowe kule, z murków wyrastają kwiaty podobne do lilii... W mijanych ogrodach drzewiaste kaktusy i palmy.
Boże, jak tu pięknie! I jak gorąco!
Buen camino peregrino! - słyszę, kiedy mijam kolejną rezydencję zatopioną w winnicy. Ola! - odkrzykuję.
Gościnny gospodarz wyciąga do mnie rękę z torbą słodkich winogron. Obrigado senor! Dziękuję!
Marzę o cieniu, o odpoczynku. Na stacji benzynowej zwalam się niemal na krzesło, zrzucam za ciężki plecak, a seniora bez słowa stawia przede mną szklankę wody i filiżankę kawy z mlekiem. Obrigado! Dziękuję!
Do Vilarinho, gdzie jest pierwsza alberga (schronisko dla pielgrzymów), już tylko 5 kilometrów. Upał jeszcze narasta. Pozamykane bramy i okiennice bronią wnętrza przed słońcem.
Mijam kolejne miasteczko. Ani żywej duszy na drodze. Idę sama szosą bez poboczy. Byle dojść do schroniska.
Pamiętam, że mam odebrać klucz po drodze w aptece Farmacia Rei. Potem już tylko zdjąć buty, zrzucić plecak, zmienić lepki podkoszulek.
Mała alberga na 4 łóżka i sala gimnastyczna Vilarinho. To moja pierwsza alberga.
Wciąż jestem sama. Rozpakować się czy tylko odpocząć? Zostać czy iść dalej? Dopiero południe. Do końca dnia można jeszcze ujść kilka kilometrów...
Zastanowię się później. Na razie idę do miasteczka coś zjeść. Jakaś knajpka w rynku. Ensalada z kurczakiem i jajkiem - cała góra zielonej sałaty, do tego pieczywo, kawa i woda, płacę 3 euro. Po godzinie takiego odpoczynku w cieniu znowu jest cudownie. Miejscowi sączą zimne piwo z ogromnych szklanek nalewane prosto z beczki i patrzą w zawieszony w kącie telewizor. Do albergi w tym czasie dociera para młodych Niem ców. Chłopak i dziewczyna. Wyszli dziś z Porto. Szli ponad 20 kilometrów.
Padają przy łóżku na kolana i przez chwilę zatapiają się w modlitwie.
Zmęczeni zajmują 2 kolejne łóżka. Po godzinie przychodzi Maciek - student z Lublina. Jest ledwie żywy.
Jego plecak waży 20 kilo. Maciek dźwiga namiot, żeby uniezależnić się od miejsca w albergach na trasie do Composteli. Czy wytrwa z takim ciężarem?
Marion i John, małżeństwo z Irlandii, zajmują już materace w sali gimnastycznej. Raquel i Nadia, dwie śliczne Brazylijki, Lili - młodziutka Włoszka, zajmują kolejne, rozłożone na podłodze materace. Pod wieczór dochodzą Jola ze Zbyszkiem - weterani - kolejny raz na camino. Witamy się, ściskamy, przedstawiamy.
Padają pytania, które będą się powtarzać przez całe camino. Skąd jesteś, dlaczego idziesz, jak twoje nogi... Nogi rozgrzane pulsują i ani myślą iść dzisiaj. Tymczasem zbiera się na burzę. Na horyzoncie ciemnieją chmury. Dziś nikt nie wyruszy dalej.
W sumie jest nas już czwórka Polaków.
Okazuje się , że co roku coraz więcej naszych dociera do grobu św. Jakuba. Najwięcej na szlaku jest Hiszpanów, Niemców, Włochów i Francuzów. My zajmujemy dwunaste miejsce.

Etap trzeci - Vilarinho - Barcelos 27, 8 km Zapach kamieni i lasów eukaliptusowych



Od świtu leje. Wyruszamy o 8 rano, wkładając peleryny, otulając plecaki.
Jola ze Zbyszkiem mają specjalne ochraniacze na buty. Deszcz jest jak ciepły prysznic. Wystawiam twarz i przez chwilę czuję się jak w SPA...
Droga wiedzie wzdłuż pół, przez lasy eukaliptusowe. Mimo deszczu jest zapachy. Jak je opisać? Jak opowiedzieć, jak słodko pachnie las eukaliptusowy odświeżony deszczem? Jak opowiedzieć te aromaty znad łąk, zapach kamieni, strumyków, korzeni pod nogami...? Nie ma czasu na rozmarzanie się. Ścieżka coraz bardziej grząska i śliska. Kałuże już jak małe jeziorka zagradzają przejście. To mój prawdziwy chrzest, myślę sobie. Tym bardziej, że w nagrodę w uroczej Cafe de Furdado kupujemy u właściciela pierwsze małe muszle, muszelki właściwie, ale symbolice staje się zadość.
Mijamy liczne kapliczki wyłożone azulejos. W starej beczce po winie kapliczka świętego Jakuba. W długim płaszczu pielgrzyma, w miękkim kapeluszu z szerokim rondem, z bukłakiem i kijem pielgrzyma. Witaj Święty Jakubie!
Takich kapliczek i rzeźb będziemy spotykać wiele. Święty Jakub z księgą, z mieczem, z muszlą. Czasami na białym koniu z uniesionym mieczem daje znak do walki z poganami.

Święty Jakub Starszy, Apostoł



Brat Jana Ewangelisty. Syn Salome i Zebedeusza. Synowie "gromu", jak ich nazwał sam Jezus od ich raptownego charakteru. To o tych synów prosiła Salome Jezusa: "A nie mogliby to Panie zasiąść kiedyś z Tobą jeden po prawej, a drugi po Twojej lewej stronie?" Jako matka miała prawo o wszystko prosić. I została wysłuchana. I Jan i Jakub, to razem z Piotrem najbliżsi uczniowie Chrystusa. To Jakub był świadkiem wskrzeszenia córki Jaira, modlitwy w Ogrójcu, przemienienia na górze Tabor. Był też pierwszym biskupem Jerozolimy. Zanim jednak został biskupem Jerozolimy pojechał do Hiszpanii, aby tam głosić Ewangelię, aby tam nawracać. Później zginął za wiarę jako pierwszy Apostoł, ścięty mieczem z rozkazu rzymskiego namiestnika Heroda I Agrypy. A Jan był tym, któremu objawiona została Apokalipsa.
To umiłowany uczeń Jezusa, żył z kolei najdłużej ze wszystkich Apostołów. Jako jedyny nie zginął śmiercią męczeńską. Święty Jakub zaś jest patronem i Portugalii, i Hiszpanii.
Jego grób jest w Santiago de Compostela, dokąd tak licznie pielgrzymują ludzie z całego świata.

San Pedro Rates i dalej w drogę



Przed schroniskiem w San Pedro Rates meldujemy się w samo w południe.
Okazuje się za wcześnie. Albergue otwierają dopiero po południu, o 15.00. Czekać trzy godziny przed zamkniętymi drzwiami? Mimo deszczu nie czujemy się zmęczeni. Postanawiamy, że po krótkim odpoczynku idziemy dalej, do następnego schroniska Barcelos. Miła ekspedientka w sklepie przybija nam stylowe pieczątki w credencialu i mimo że jużsjesta, pozwala zrobić zakupy. Jogurty, banany, ser - podstawowe menu pielgrzyma i w drogę.
Zwiedzamy Igreja de Sao Pedro - romański kościół z XII wieku w centrum miasta i idziemy dalej. Ścieżką wśród pól kukurydzy. Sycimy oczy bujną roślinnością. Jesteśmy w północno-
zachodniej części Portugalii, w zielonej i górzystej krainie Minho, poprzecinanej dolinami rzek, wąwozami.
Widoki jak z pocztówki.
Przestało padać, chociaż powietrze pełne wilgoci, a chmury mkną podejrzanie nisko. Antonio - właściciel Cafe Pedra Furdado, doradza jak skrócić drogę do albergi w Barcelos.
My jednak wolimy trzymać się szlaku.
W Barcelos śpimy u Bombeiros Voluntários, czyli u strażaków wolontariuszy.
Albergue jest donativo, czyli za darmo, ale przy wejściu stoi puszka - wrzucić ile kto może. Ogromna sala koedukacyjna, łóżko obok łóżka. Zostawiamy plecak i ruszamy na zakupy, bo już zaczyna się ściemniać. W rynku spotkamy Brazylijki i Włoszkę, jest i irlandzkie małżeństwo Marion z Johnem. Przyszli wcześniej od nas.
Polecają specjały miejscowej kuchni - patatas con bravas, specjalnie przyrządzone ziemniaczki, podawane w miejscowej kantynie. Menu peregrinos - specjalny zestaw dla pielgrzymów - czyli góra jedzenia z winem i pieczywem za 7 euro. Cena teżspecjalna dla peregrinos.

Braga się modli



Braga się modli, Porto pracuje, Coimbra się uczy, a Lizbona baluje - mówią o sobie Portugalczycy.
Za 3 euro z Jolą i Zbyszkiem jedziemy autobusem do Bragi. Dobry dzień na zwiedzanie. Po wczorajszym deszczu powietrze jest wilgotne, na niebie jeszcze przewijają się chmury, z których od czasu do czasu trochę pokapie, ale powietrze jest rześkie, przyjemny chłodek pozwala na dłuższe chodzenie. W przewodniku wyczytujemy, że nazwa miasta pochodzi od jego założycieli, którymi było starożytne plemię Celtów - Bracari.
Braga to jedno z najstarszych miast w Portugalii o ponad 2000-letniej historii oraz jedno z najstarszych miast chrześcijańskich na świecie. Niegdyś była to siedziba prymasa Portugalii (XII w). Dziś znajduje się tu około 30 kościołów. Samo miasto liczy ok. 180 tys. mieszkańców. Czujemy się tu trochę jak w innym świecie.
Szerokie ulice, deptaki, sklepy.



Braga to dla Portugalczyków święte miejsce. Barokowy kościół Bom Jesus do Monte - Dobrego Jezusa z Góry - zbudowany został na zalesionym wzgórzu, w miejscu dawnego krzyża -
miejsca pielgrzymek. Dziś do kościoła prowadzą barokowe schody, pięknie zdobione fontannami, które układają się w kształt kielicha. Obok Fatimy to najbardziej uczęszczane sanktuarium w Portugalii. Wzdłuż schodów wybudowano 14 stacji Drogi Krzyżowej z kaplicami Męki Chrystusa.
Zwiedzamy Bragę, obowiązkowo katedrę Sé de Braga - to katedra rzymskokatolicka, wybudowana w 1070 roku. Świątynia pierwotnie romańska wzbogacona została z biegiem czasu o elementy gotyckie, renesansowe i barokowe Zwiedzamy muzeum z eksponatami liczącymi ponad 1000 lat. Na koniec dnia jeszcze raz wjeżdżamy do kościoła Bom Jesus do Monte i uczestniczymy w pięknej mszy świętej. Klęczę na wydeptanych kamieniach. Ile osób przede mną wypraszało tu łaski, składało podziękowania.
Ogarnia mnie wzruszenie. Pokrzepieni na duchu idziemy na kawę do pobliskiej kawiarni na placu Praça da Republica i jest już ciemno, kiedy wracamy do albergi w Barcelos.

Legenda o kogucie


Barcelos to otoczone średniowiecznym murem miasteczko, którego symbolem jest kogut. Większe i małe figurki kogutów widać tu wszędzie.
W rynku, w sklepach, na wystawach.
Kogut - jak podaje legenda - pia niem zaświadczył o niewinności miejscowego kupca. Uratował tym dwa życia - swoje, bo miał być wcześniej zjedzony i oskarżonego kupca. Nic dziwnego więc, że kogut jest symbolem sprawiedliwości nie tylko Barcelos, ale i całej Portugalii. Raz w tygodniu, w czwartki, w Barcelos odbywa się wielki targ, na który przyjeżdżają kupcy z całej Portugalii i gdzie można kupić wszystko, a szczególnie koguty.
Trzeba mieć trochę więcej czasu, aby tu wszystko obejrzeć .
Przed zaśnięciem studiujemy mapki.
Na jutro mamy ambitny plan - dotrzeć z Barcelos do Ponte de Lima - 33,5 kilometra.
Obchodzimy miasto szukając strzałek, bo wstać trzeba będzie przed świtem.

Etap czwarty - Barcelos - Tamal 10,5 km Droga jest celem. Droga jest oczyszczeniem



Z Barcelos wychodzimy w mglisty poranek. Zatrzymują nas przepiękne śpiewy w mijanym kościele. Okazuje się, że o godzinie 8.00 ma odprawiać mszę emerytowany biskup. Decydujemy się zostać. I nie żałujemy. Tak pięknych chórów nie usłyszymy jużpodczas całej drogi. O godzinie 10.00
na niebo wraca słońce. Błękit rozlewa się aż po horyzont. Ani śladu wczorajszych chmur. Znowu palmy, bananowce, agawy. Wymuskane rezydencje, w których dyskretnie szumią zraszacze. Kawałek za Barcelos droga idzie ostro w górę. Z każdą minutą robi się coraz goręcej. Słońce nie ma tu litości.
Na 7 kilometrze jest źródło - Fonte de Fereinrinha - czysta krystaliczna pyszna zimna woda. Nabieramy zachłannie pełne termosy.
Po dwóch godzinach podchodzenia w górę zbliżamy się do miasteczka Tamel. Na mapce jest zaznaczona nowa albergua. Jola ze Zbyszkiem po krótkim odpoczynku idą dalej. Buen camino! Do zobaczenia w Santiago de Compostela... Ja decyduję się zostać, mimo że dopiero południe, a do otwarcia schroniska jeszcze 3 godziny.
Nie mam dziś siły. Bolą mnie plecy, pęka kręgosłup. Dopada mnie kryzys.
Rozkładam karimatę, zdejmuję buty.
Oho, są dwa pierwsze bąble na stopach.
Przydaje się igła z nitką - przebić pęcherz, a nitkę zostawić, żeby płyn po niej ściekał - robię jak każe instrukcja pielgrzyma. Jeszcze piorę klejące się ubrania i czekając na otwarcie zapadam w letarg. Co za ulga...
Schronisko w Tamel Szczęście małych rzeczy Tamel, nowe schronisko otwarte w tym roku, jest równocześnie, a może przede wszystkim, domem rekolekcyjnym.
Bardzo czyste, ma dobrze wyposażoną kuchnię, dużą jadalnię z wygodnymi krzesłami i skórzaną kanapą przy kominku. Jest tu internet, jest 6-osobowy pokój dla kobiet, oddzielne prysznice i piękne łazienki w nowoczesnej glazurze. Są koce i łóżka z prześcieradłami. To najlepsze schronisko municypalne (gminne)
na trasie: 34 miejsca, 3 euro za nocleg. Jak dobrze, że tu zostałam.
Stopniowo przychodzą kolejni pielgrzymi, rozkładają karimaty, zdejmują buty, oglądają stopy, wcierają kojące maści, odklejają zakurzone ubrania.
Powtarza się rytuał, szybkie pranie, żeby wykorzystać słońce... Carine i Isa bel, uśmiechnięte przyjaciółki z Cape Town (Afryka Południowa), nie rozstają się z aparatem fotograficznym.
Uwieczniają każdy kwiat, każdą nową roślinę. Nagrywają kuranty z małego kościółka w sąsiedztwie albergi. A jest co nagrywać. Kurant wygrywa co pół godziny przepiękną melodię Ave, ave, ave Maria. I jak zawsze wyprzedzamy się pytaniami - skąd jesteś? Dlaczego na camino?
Jak myślisz, po co człowiek żyje - zamyśla się Carine, kiedy kończymy wspólnie przygotowany posiłek.
I nie czeka na odpowiedź. Może po to, żeby coś w życiu otrzymać i coś ofiarować, coś wziąć i coś zostawić.
Tak jak my dziś, zostawiamy w lodówce dla następnych pomidory, chleb, rodzynki, żurawiny, a skorzystałyśmy z pozostawionej oliwy, soli, papryki i dzięki temu jemy wspaniałe leczo.
O, szczęście małych rzeczy, chwil ulotnych. Trwajcie!
Nie spieszymy się, smakujemy popołudnie i białe wino. W zbudowanej z kamienia alberdze jest przyjemny chłód. Bose stopy na białych drewnianych deskach rozkosznie odpoczywają.
Po co żyję? Nawet nie próbuję odpowiadać.
Żeby odkrywać takie chwile jak ta? Po to też. Dla Isabel i Carine celem jest droga. W niej znajdują radość i spokój. Są przyjaciółkami. Są na emeryturze. Cieszy je każdy dzień.
Dzielą drogę na małe kęsy. Nie więcej niż 10 kilometrów na raz. Żeby ją odpowiednio smakować. Odkryć coś dla siebie. Poznać ludzi. Niczego ważnego nie przegapić. Droga jest celem.
I droga jest oczyszczeniem.
Dlaczego idę? Żeby zaspokoić pragnienie serca? Podążam za natchnieniem?
Idę na spotkanie? Poznać wspaniałych ludzi jak Carine i Isabel? Jak Olga, Jola, Zbyszek, Raquel, Marion, John, Maciek i tylu innych?

Etap piąty - Tamel - Ponte de Lima 23 km Różańce, koronki i esemesy



Po wspólnie zjedzonym śniadaniu, wyspane i w dobrych nastrojach opuszczamy gościnny Tamel. Droga prowadzi przez winne tunele. Ach, co za bogactwo. Czerwone, białe, czarne, słodkie, soczyste, winogrona...
Chyba Jezus szedł tędy - stwierdza Carine - i zostawił nam tę wspaniałą drogę na pamiątkę. I co krok zdziwienie.
Kamienny most w Ponte das Tabuas, cudownie czysta woda, w której widać ryby. I jak się tu nie zatrzymać, nie zachwycać.
Isabel jest przewodniczką. Wie, że na 10 kilometrze jest gospodarstwo agroturystyczne, gdzie nocleg z obiadokolacją kosztuje 20 euro. Obie decydują się tam zostać. Odpoczywam z nimi w Casa de Fernanda i odprowadzona przez te cudowne kobiety aż do Balugaes - najbliższego miasteczka, po wspólnie wypitej kawie, wspólnej fotografii, po wymienieniu adresów i po czułym pożegnaniu zostaję sama.
Postanowiłam dziś dojść do Ponte de Lima. Chociaż przede mną jeszcze około 15 kilometrów, czuję się na siłach.
Mapa mówi, że najbliższe kilka kilometrów pójdę w pełnym słońcu i otwartym terenie. I będzie tylko jedno źródło. Biorę więc zapas wody.
Pięć kilometrów po płaskim, pięć pod górę, a potem już z górki. Dam radę.
Minęła godzina 15.00. Trochę jednak późno. Za długo żegnałyśmy się.
Żeby skrócić czas, odmawiam kolejne cząstki różańca, kolejne koronki w intencji tych próśb, które niosę w plecaku. Droga jakoś mija szybko.
Nie czuję ciężaru plecaka. Nic mnie nie boli. Odpoczywam przy źródełku, piję zimną wodę, czuję jak miły chłód przenika do wnętrza. Pół leżąc pół siedząc, oparta na plecaku wtapiam się w słońce, pluskanie źródełka, w ciszę.
Jest dobrze. I nagle, gdzieś z zakamarków pamięci wypływają słowa Psalmu - "Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie. Pozwala mi leżeć na zielonych równinach, prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć..." Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach... Hmm. Pozwala mi - nigdy dotąd tego wersetu tak nie odczytywałam. Pozwala mi korzystać z tych wszystkich cudów... Zaprosił mnie tu... i prowadzi po właściwych ścieżkach... Panie, jak Ci mam dziękować za te wszystkie dary? Nie wiem kiedy zapadam w kilkuminutowy pokrzepiający sen. Mistyczna chwila przy źródle.
Do Ponte de Lima docieram wieczorem.
Przed snem czytam esemesy.
Joasia wprawdzie nie idzie ze mną fizycznie, ale cały czas towarzyszy mi esemesowo. "Ulisiu, właśnie przeczytałam, że w Lugar de Corgo na 20 kilometrze jest fantastyczne spanie w Casa de Fernanda z obiadem za 20 euro." Tak, Joasiu, wiem. Tam właśnie zostały Carine i Isabel.

Etap szósty - Ponte de Lima - Rubiaes 15 km Adelante na Ponte Romana


Już się ściemnia, kiedy docieram do schroniska w Ponte de Lima. A w Ponte de Lima fiesta. Jest piątek wieczorem, dziesiątki straganów wzdłuż ulic.
Właśnie się rozpoczynają "Nowe targi" - Feira de nuova. W drugi i trzeci tydzień września odbywają się targi, na które zjeżdżają się kupcy i wytwórcy z całej Portugalii. A na straganach wszystko, czego dusza zapragnie. Sery i haftowane makatki, wędzone ćwiartki szynek i pluszowe zabawki, prażone kasztany, słodkie wypieki, domowe wino, owoce, ryby, kraby, płetwy rekina, miody. Tłok w kawiarenkach. Głośno, wesoło, jasno od świateł. Ponte de Lima, jedna z najstarszych portugalskich miejscowości, założona przed dwoma tysiącami lat przez Rzymian, piękne, małe miasteczko z rzymskim mostem i średniowiecznymi wieżami, tej nocy nie zamierza spać. Alberge usytuowana jest tuż przy kamiennym moście w rynku. Mam szczęście, są miejsca. Śpię sama w sali na pierwszym piętrze. Nie przeszkadza mi muzyka, ani fajerwerki, ani odgłosy dyskoteki.
Śpię twardo do rana. Nie słyszę, kiedy dotrze tu jeszcze Weronique i Manoli, dwie Hiszpanki misjonarki. Cudowne, wesołe, będziemy razem w drodze śpiewać Adelante i Czarną Madonnę, będziemy odmawiać "Zdrowas Maria łiski pełna" i cieszyć się z tego przejęzyczenia.
W Ponte de Lima spotykam też Olgę ze Szczecina i Tine Rocket - młodą Niemkę. I znowu padają pytania:
Dlaczego na camino? Tina jest szczera - jestem kolejny raz, ale nie z powodów religijnych. Jestem, bo lubię atmosferę, no i może znajdę męża - uśmiecha się zalotnie. Dla Olgi to po prostu sposób na ciekawy urlop.
Bez wielkiej filozofii.
Następnego dnia o 8 rano wyruszamy na trasę razem. W piątkę maszeruje nam się naprawdę wesoło. Śpiewamy, rozmawiamy. Razem podziwiamy wspaniale zachowane kilometry rzymskiej drogi. Dobrze nam się idzie po tej drodze, która ma 2 tysiące lat. Mijamy Ponte Romana - mostki ułożone przez Rzymian z precyzją godną wybitnych inżynierów, które nie zapadają się i wciąż spełniają swoją rolę. Radosne 10 kilometrów.
W miejscowości Labruja nasze drogi na krótko się rozchodzą. Manoli i Weronique zostają w Santuario, Tina decyduje się przenocować w miejscowym pensao - prywatnym hoteliku. Do albergi w Rubiaes zostało 9 kilometrów podejścia w górę kamienistą drogą, a naprawdę dnem wyschniętego strumienia. Idziemy z Olgą we dwie. Ale jakby uszła z nas siła. Idziemy krok za krokiem, kamień
za kamieniem, wdrapujemy się na górę Portela Grande. Po drodze mijamy krzyż Cruz Dos Franceses i inne Cruz de Ferro, na których pielgrzymi składają niesione z domu kamienie.
Zostawiam z ulgą i ja swój ciężar.
Pod wieczór docieramy do miejscowości Rubiaes. Schronisko donativo, ale materace mocno zużyte.

Etap siódmy - Rubiaes - Valenca 17, 8 km Ostatni etap w Portugalii Ultreia! Głowa do góry!


Ostatni etap w Portugalii. Ultreia!
Suseia! Naprzód! Głowa do góry! Dasz radę! Opuszczając schronisko w Rubiaes wpisujemy się do Księgi gości. To codzienny rytuał.
"Ultreia! Suseia! - wpisał pedro Franziskus z Wiednia. Na sąsiedniej stronie znajduję wpis Maćka sprzed dwóch dni, krótki, wymowny: "Boże dodaj mi sił" i jeszcze "Boże miej w opiece wszystkich, którzy mi pomogli...".
Kochany Maciek. Zostawiam wiadomość dla Carine i Isabel, i małe co nieco w lodówce, i Ultreia! W drogę!
Co nam przyniesiesz nowy dniu?
Jak na nas doświadczysz Drogo?
Suseia! Kolejne kilometry Drogi.
Śladem dawnych pątników będziemy stąpać w ciszy po tysiącletnich kamieniach, zatrzymywać się u stóp tysiącletnich krzyży, rozmyślając o przemijającym czasie. Będziemy przestrzegać zasad tej Drogi: miłości, dobroci, pokory, solidarności i bezinteresowności.
Będziemy się dzielić swoimi zapasami i historiami ze swojego życia. Będziemy widzieć wspaniałą szczodrą rękę Boga Stworzyciela.
I będziemy na tej Drodze przez Niego doświadczani. I jak dzieci marnotrawne, mamy pewność, że gdzieś tam na końcu czeka na nas z otwartymi rękami i wypatruje niecierpliwie.
Droga za Rubiaes znowu pnie się w górę. Za rzeką Rio Coura robimy sobie postój w miasteczku San Bento Porta Aberta. Na tarasie przydrożnej kawiarenki spotykamy Manoli i Weronique, po chwili dochodzi Tina, małżeństwo Irlandczyków. O samotności nie ma mowy. Przedłużamy wspólne chwile, w końcu ruszamy.
Razem, ale osobno. Mało czujne, radośnie sunąc z Olgą w dół szosą, ani się spostrzegamy, jak zbaczamy z właściwej drogi. Co za symbol. Znów musimy zawrócić i iść pod górę. Te dwa kilometry wydają się nie mieć końca.
Do Valency docieramy w południe.
Zostawiamy plecaki przed zamkniętą jeszcze albergą (wolontariusz przychodzi otworzyć wtedy, kiedy ma czas, najczęściej ok. 16.00) i idziemy zwiedzić miasto. Jest niedziela i liczymy, że w którymś z kościołów będzie msza. Co za rozczarowanie. Chociażjest niedziela, msze były o 9.00 rano i choć to środek turystycznego sezonu, kościoły są już pozamykane. Żałuję, że nie zostałyśmy na mszy o godzinie 10.00 w S. Bento Porta Aberta.
W Valency, chociaż to niedziela, kościoły są pozamykane, ale sklepy przeciwnie - otwarte szeroko. W najlepsze kwitnie handel. W niedzielę zjeżdżają tu na zakupy Hiszpanie.
Całymi naręczami kupują pościel, ręczniki, jedzenie, dywany, ubrania, garnki. Z pełnymi torbami okupują miejscowe kawiarenki. Tu w Portugalii wszystko jest dużo tańsze. Valenca to przygraniczne miasto. Ostatnie w Portugalii. Po drugiej stronie rzeki jest już Hiszpania.
Patrzymy na błyszczące w zachodzącym słońcu wieże katedry w Tui.
Ostatni raz dziś możemy pospać dłużej.
Od Tui bowiem zaczyna się wyścig, wstawanie jeszcze przed świtem o 3 i 4
w nocy, żeby zdobyć miejsce w alberdze.
Od Tui na szlakach jest tłok. Od Tui do Santiago zostało 100 kilometrów.
Wystarczy tyle przejść, żeby dostać dyplom pielgrzyma czyli compostelkę.
Dla tych, którym zabraknie miejsca w schroniskach, zostają pokoje w hotelach, po kilkanaście, kilkadziesiąt euro. Żegnaj Portugalio!
Witaj Hiszpanio!

--------------------------

Tekst i zdjęcia
Urszula Imienińska





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.