Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści.

Objąć Świętego Jakuba (3)

Jak pielgrzymowałam do Santiago de Compostela

MP nr 2 (100) z 21 IV 2011r. /str. 16-20


Do Composteli wybrałam się 2 września 2010 roku, w Roku Świętym, Roku Łaski od Pana, szlakiem portugalskim zwanym "Camino Portuges". Nie jest łatwo podjąć decyzję o takiej wyprawie. Pielgrzymować to coś więcej niż iść. Już samo pakowanie plecaka to trudna lekcja odrzucania tego, co zbędne. I kolejne wyrzeczenia, kiedy w drodze trzeba zmagać się z bólem, słońcem, pragnieniem, zmęczeniem, niewygodami, bąblami na nogach.

Po kilkunastu dniach wędrówki przez Portugalię przekroczyłam granicę z Hiszpanią.
Ostatnim miastem w Portugalii była Valenca. Pierwszym w Hiszpanii - Tui.
Valenca i Tui to dwa bliźniacze miasta przedzielone rzeką Minha. Dwa miasta, dwie twierdze panujące na wzgórzach, związane żelaznym mostem. Dwa miasta, dwa państwa. Tu przebiega granica z Hiszpanią. Dzieli je rzeka. Łączy wspólna nazwa - Galicia, określająca południowowschodnie tereny Półwyspu Iberyjskiego.
Hiszpańska Galicia to jeden z 17 autonomicznych regionów Hiszpanii, a jej stolicą jest Santiago de Compostela. Do przejścia pozostało 114 kilomtrów.
Jesteśmy w Hiszpanii. Musimy pamiętać o zmianie czasu. Przesuwamy zegarki z godziny 2 na 3 (+1). Zamiast żółtych strzałek są pomarańczowo- żółte muszle. W Hiszpanii trzeba być czujnym, żeby nie zgubić drogi. Trzeba rano wstawać, żeby mieć miejsce w alberdze - tak nazywa się schronisko dla pielgrzymów. Od Tui do Composteli zostało nie więcej niż 114 kilometrów. Wystarczy tyle przejść, by otrzymać "compostelę" - dyplom pielgrzyma, znak przejścia Drogi, symbol przynależności do Jakubowego Bractwa. Dla tych, którzy mają tylko kilka wolnych dni, Tui jest najlepszym miejscem na start. Od Tui na Jakubowych ścieżkach zaczyna się prawdziwy tłok. Od Tui zaczyna się prawdziwy wyścig.


Etap ósmy - Valenca - Tui - Redondela 33, 7 km Tu zaczyna się wyścig

Schronisko w Valency. Jest jeszcze ciemno, kiedy w schronisku zaczynają migotać założone na czoło małe latarki o ostrym świetle, szeleszczą pakowane woreczki. Jest 3, może 4 godzina. Na granatowym niebie migocą jeszcze gwiazdy, kiedy na trasę wyruszają pierwsi pielgrzymi. Wieczorem wszyscy długo studiujemy mapę, by w nocy nie zgubić drogi. To już taki codzienny rytuał. Z Valency do Tui droga jest prosta. Jest zielono, chłodno, rześko. Wrażenie robi żelazny most na rzece. Jest wydzielony pas dla pieszych, ale tu ż obok śmigają samochody. Zaczyna świtać. Potężne twierdze katedry w Tui oglądamy przy wschodzącym słońcu. Z chwili na chwilę gęstnieje ruch na drodze. Na trasie co i rusz mijają nas rowerzyści, śmigają z góry i krzyczą z daleka: Bueno! Bueno camino! Mijają nas rozśpiewane grupy Hiszpanów, wycieczki szkolne i całe rodziny. Na łączce przy moście Ponte das Febres jest krzyż świętego Telmo. Tradycja nakazuje zatrzymać się tu i chociaż przez chwilę zadumać nad przemijaniem. Grupka Hiszpanów wzruszająco śpiewa na głosy pieśń o s. Telmo. Mijamy się z tą grupą od Tui. Pozdrawiają. Zapraszają do wspólnego śpiewania "Frere Jacque", czyli znanego nam "Panie Janie". Kilkanaście minut wspólnego śpiewania i za chwilę już wszyscy się śpieszą. Tłok spowodowany jest faktem, że rok 2010 to Rok Święty.

2010 - Rok Święty, Rok Wielkiego Przebaczenia

Rok Święty jest wtedy, kiedy dzień św. Jakuba - 25 lipca - przypada w niedzielę. Rok Święty to przede wszystkim uzyskanie odpustu zupełnego, to znaczy całkowitego darowania kary doczesnej za popełnione grzechy. Musi temu towarzyszyć uczestnictwo w sakramencie pojednania i Eucharystii. To wielki czas łaski, czas przebaczenia i - jak mówi tradycja - "czas wielkiego odpuszczenia".
Rok 2010 był Rokiem Świętym. To już 119. Rok św. Jakuba (Ano Jacobeo). Zainaugurowany został 1 stycznia 2010 r. przez otwarcie Świętych Drzwi, tzw. Drzwi Przebaczenia - Puerta del Perdón - w katedrze w Santiago de Compostela. Po raz pierwszy Rok Święty ogłosił w 1120 r. papież Kalikst II. Zlecił też napisanie księgi, którą nazwano Codexem Calikstyna. Papie ż poświadczył również swoim autorytetem prawdziwość relikwii apostoła Jakuba, którego grób w tak cudowny sposób odnaleziono. Uregulował kult świętego Apostoła właśnie poprzez Codex Calikstyna. Codex Calixtinus to niezwykły przewodnik, który nie tylko opisuje ścieżki św. Jakuba, ale również rozwiniętą wokół nich infrastrukturę. I tak, pielgrzymi z tej bogato ilustrowanej księgi mogli dowiedzieć się szczegółowo, gdzie spać, gdzie szukać pomocy, gdzie można zostać ugoszczonym i gdzie znaleźć źródła wody. Ale od czasu, gdy w 1982 r. Rada Europy uznała Camino de Santiago za drogę ważną dla kultury Europy, a ż po rok 1993 r., kiedy Drogę do Grobu Świętego Apostoła wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, droga do Composteli stała się też atrakcyjnym szlakiem turystycznym. To już nie tylko pątniczy szlak, więc i nie tylko motyw religijny dziś się na niej spotyka.

Poligono industriale

Kolejny odcinek musimy pokonać w południowym słońcu. Poligono industriale. Strefa przemysłowa. Ponad 10 kilometrów asfaltową szosą w otwartym słońcu. Jakże się to różni od winnych tuneli, eukaliptusowych lasów, leśnych ścieżek. Upał, upał, żar z nieba i ani grama cienia. Przedmieścia Porrino. Hiszpanie postanowili pokazać nie tylko to piękne krajobrazowe oblicze, ale i zademonstrować część przemysłową. Mija druga godzina wędrówki przez środek strefy przemysłowej. Hale, przetwórnie, składy, zakłady wytwórcze. Fabryka dżemów, opon, tektur, kolejne magazyny. Parzy asfalt, nie ma czym oddychać. Śmierdzi. Czuję się jak w piecu. W termosie zostało tylko kilka łyków wody, które zostawiam na później. Męka. Nie ma się gdzie zatrzymać. Wyziewy z kolejnych przetwórni konserw, zakładów owocowo warzywnych, kolejne hale i magazyny. Ani śladu człowieka, tylko ogromne tiry wciąż wtaczają się w bramy. Ja idę szybko, Olga wolno. Nic nie mówimy, a w powietrzu wisi pretensja. Jeszcze tylko tego nam brakuje. Zmęczone upałem, oślepione słońcem, jak na złość nie znajdujemy schroniska w Porrino. Nie zauważyłyśmy strzałki kierującej do albergi. Kolejne spanie jest 6 kilometrów dalej, w Mos. Zawrócić i szukać strzałek? Iść dalej? Postanawiamy, że idziemy dalej. W małej budce na przystanku autobusowym, w minimalnym cieniu wiaty robimy godzinny postój. Zdejmujemy plecaki, buty, przebieramy przepocone podkoszulki. Obok jest źródełko, można pić do woli. Ze zmęczenia nie czujemy już ani głodu, ani złości. Alberga w Mos, za 5 euro. Klucz w sklepiku naprzeciwko. Jego właściciel zostawił dla nas - pielgrzymów - chleb, mleko, ser, jogurty. Cały wieczór moczę stopy, na przemian w zimnej i gorącej wodzie. Odnowiły się bąble, znowu igła i nitka na pomoc. Igłą przekłuć, nitkę zostawić. Bolą mnie pięty i plecy. Siedzimy z Olgą i milczymy, podobnie jak i inni pielgrzymi. Drzemią na łóżkach bez słowa. Nie chce nam się rozmawiać. Mam ochotę na dłuższy odpoczynek. Niestety w alberdze można zostać tylko jedną noc i trzeba wyjść nie później ni ż o godzinie 9.00. Tak jest we wszystkich schroniskach. Dłużej zostać można tylko w pensao - prywatnych hotelikach, których wiele wzdłuż trasy, ale i ceny są kilkakrotnie wyższe. Rano długo wmasowuję w stopy wazelinę, poraniony paznokieć i bąble chronię plastrem, który zaofiarowała mi Olga. Ja ratuję jej otarcia maścią antybiotykową. Wkładam podwójne skarpety. Dobrze, że mam buty o dwa numery większe. Z trudem unoszę plecak na ramiona. Ciężki jak kamień.

Etap dziewiąty - Mos - Redondela 10, 2 km Niepotrzebne bogactwo

Z Mos do najbliższego miasteczka Redondela jest tylko 10 kilometrów. Chociaż jest dopiero południe, dziś już dalej nie idziemy. Po wczorajszym wysiłku mamy dość. W schronisku Casa de Torre - starej średniowiecznej wieży w centrum miasta, jesteśmy pierwsze i dużo przed czasem. Alberga będzie otwarta o 15.00. Zostawiamy plecaki na łasce Bożej pod schroniskiem i idziemy zrobić zakupy. W małej kafejce pijemy pyszną aromatyczną kawę, a właściciel częstuje nas domowym ciastem. Jest dobrze. Plecaki? Nie mamy ochoty się martwić. Tuż za nami ustawiło swoje plecaki małżeństwo z Kanady. Duże, nowoczesne plecaki wypakowane aż po komin. Josefina płacze i śmieje się na przemian, kiedy opowiada skąd taka ilość bagażu: - Pakowałam i pakowałam. Wszystko wydawało mi się potrzebne. I mleczko do demakijażu, i krem przeciwsłoneczny, i balsam do ciała, i szampon do włosów, odżywka i płyn do kąpieli, i krem do masażu, suszarka do włosów, lokówka i ubrania na zmianę, sandały, pantofle, kapelusze od słońca... Wyciąga po kolei niepotrzebne bogactwo i pakuje do oddzielnego worka. Przeszła tylko jeden odcinek z Porfino do Redondeli i ma dość. Z tego pół drogi do Redondeli dojechała z mężem taksówką. Część bagażu odeśle dziś do Santiago pocztą, korzystając z usługi "Pakiet Pielgrzyma". Sama wróci do Porrino, by przejść jeszcze raz ten sam odcinek na piechotę. Jak pielgrzymka, to pielgrzymka. Z Josefiną i Antonim spotkamy się dopiero w Santiago. Życzymy sobie tradycyjnie Bueno camino! Wieczorem idziemy na mszę do kościoła świętego Jakuba. O której msza? O, to dopiero dobre pytanie. Na drzwiach kościoła żadnej informacji. Kiedy msza? - Jak przyjedzie padre - tłumaczą pogodnie, siedzące na krzesełkach przed domem sąsiadującym z kościołem starsze kobiety. - Przyjedzie na pewno. Odprawia msze w kilku kościołach. - O której będzie w Redondeli? - Może zdąży na 19, a może dopiero na 20. - Ale będzie na pewno? - Będzie, jak przyjedzie. Msza jest o 19 i udaje nam się zdążyć. O dziwo, w kościele jest sporo osób.

Etap dziesiąty - Redondela - Pontevedra 18, 2 km Smaki Hiszpanii

Kryzys minął. Wychodzimy przed świtem i idziemy raźno. Rano jest przyjemny chłód. Droga przez las, z górki, pod górkę. Dwa podejścia pod górę, ale niezbyt strome. Jesteśmy blisko Oceanu Atlantyckiego, z góry w dole widzimy wody zatoki. W okolicy co i rusz spotykamy wykorzystywane do dziś kamienne spichlerze na wysokich słupach z poprzecznymi kamieniami, chroniącymi zapasy przed gryzoniami. W kapela Santa Marta podbijamy sello - pieczątki. Trzeba samemu otworzyć małe okienko, w środku na stoliku na wyciągnięcie ręki jest pieczątka i tusz. Kolejne pieczątki lądują w credencialu - naszym pielgrzymim paszporcie, dzięki któremu śpimy w tanich schroniskach i mamy zniżki w restauracjach. Po dwóch godzinach marszu robi się gorąco, więc rozkładamy karimaty i robimy sobie godzinny piknik pod sosnami. Zdejmujemy buty. Chłodzimy stopy.
Albergue de Peregrinos przy Rúa Otero Pedraio w Pontavedra to nowoczesne schronisko niedaleko dworca kolejowego. Jesteśmy na tyle wcześnie, że dostajemy miejsca z numerem 7 i 8. Po krótkim odpoczynku i praniu idziemy zwiedzać. Pontevedra to nowoczesne 70-tysięczne miasto z zabytkową starówką. Sąsiaduje tu obok siebie zespół klasztorny św. Franciszka z XIV wieku i kościół Virxe Peregrina - Matki Boskiej Pielgrzymującej. Piękny kościół w kształcie muszli. W ołtarzu głównym Matka Boska w miękkim kapeluszu z szerokim rondem, w płaszczu i z pielgrzymim kijem. Podczas wieczornej mszy miła uroczystość. Młoda para z grupy hiszpańskiej świętuje pierwszą rocznicę ślubu. Po mszy jeden z Hiszpanów wsypuje mi do rąk ryż, bym wspólnie z nimi obsypywała młodych. Przy wyjściu z kościoła dostajemy pamiątkowe obrazki ze świętym Jakubem i pieczątki do credencialu.

Bar Maria, wino i pimentos

A wieczorem prawdziwa uczta. Tina prowadzi nas do małej portowej knajpki bez nazwy, gdzie jemy najlepsze na świecie zielone papryczki - pimentos - lekko zgrilowane na oliwie. Dostajemy do tego chleb i czerwone domowe wino, podane w miseczkach. Wino, oczywiście domowe, ma kolor gęstego soku, a smak i zapach, jakiego jeszcze nigdy nie kosztowałam. Płacimy 9 euro za trzy osoby i wychodzimy szczęśliwe i najedzone. Od imienia właścicielki nazywamy ten bar - Bar Maria i obowiązkowo obiecujemy kiedyś tu wrócić.
Wcześniej w supersamie robimy zakupy. Żółty ser, 4 plasterki szynki prosciutto, 4 jogurty, 2 banany, 3 bułki i litr świeżego soku, który wypijam od razu. Płacę 12 euro. Dużo.
W alberdze niespodzianka. Wolontariuszka - śliczna Hiszpanka, wykwalifikowana masażystka - masuje pielgrzymom zmęczone stopy. Siedzimy w kolejce, popijamy wodę i żartujemy. Masaż wprowadza każdego po kolei w lekki stan odrętwienia. Ulegają wszyscy bez wyjątku. Japończyk z dredami, Niemiec, który aż chrapie podczas masażu, tak twardo zasnął, Austriak, para z Indonezji. - Eee, ja na pewno nie zasnę - zapewnia każdy po kolei. A jednak, kiedy przychodzi moja kolej, na kilkanaście sekund tracę kontakt i budzę się lekka, wypoczęta, a nogi... a nóg nie czuję. - Co za ulga! Masaż jest donativo - bezpłatnie, ale do stojącej obok puszki z radością wrzucam kilka euro. - Marie, chodź z nami na pielgrzymkę - zapraszamy śliczną wolontariuszkę. - Nie będę wam potrzebna. W następnej miejscowości są gorące źródła, wyleczą wszystkie wasze rany - zapewnia.

Etap jedenasty - Pontevedra - Caldas de Reis 23, 1 km Kąpiel w gorących źródłach

Pontevedra. O świcie w małej kawiarence zjadamy francuskie śniadanie. Pachnąca biała kawa i croissant, jeszcze ciepły i chrupiący. Tak pokrzepione możemy maszerować. Zaraz za miastem i za mostem Puente del Burgo zaskakuje nas niesamowity krajobraz. Czarny od pożarów, które szalały tu w maju i sierpniu 2010 roku. Wypalona ziemia, spalone doszczętnie drzewa. Idziemy wąwozem, w którym jeszcze nie odrodziło się życie. Przez wiele dni trwała walka z żywiołem, o czym informują przydrożne tabliczki. W tych pożarach zginęło dwóch hiszpańskich strażaków. Na kamiennych krzyżach składamy kamień, na znak pamięci dla nich. A sam krajobraz tu górzysty, przypomina nasze Beskidy, a może Sudety. Mijamy liczne, tu w Galicii, kamienne krzyże, na których z jednej strony jest sylwetka ukrzyżowanego Chrystusa, a z drugiej na tej samej wysokości statuetka Matki Boskiej. Bywa, że u stóp jest dodatkowo figura świętego Jakuba. Idziemy razem: Olga, Tina, Manoli, Weronique. Żartujemy, śmiejemy się, śpiewamy. W końcu gubimy drogę. Dodatkowe kilka kilometrów marszu psuje nam humory.
W schronisku w Caldas de Reis, położonym tuż obok mostu rzymskiego na rzece Rio Umbia, zostały wolne już tylko materace na podłodze. Mimo, że już pora sjesty, właściciel schroniska i równocześnie właściciel przylegającej do albergi restauracji lituje się nad nami i dostajemy ogromne porcje ryby z frytkami i czerwonym winem. Och, jak cudownie siedzieć na zacienionym tarasie i popijać aromatyczne wino!
Wkładamy sandały i idziemy moczyć nogi w ciepłych termach. Gorące źródła, których jest w mieście kilka, przynoszą ulgę stopom. W jednych woda ma temperaturę 30 stopni, w innych 40 i więcej. Wiele osób przychodzi z butelkami i pije gorącą wodę prosto ze źródła. O dziwo, po wielu otarciach i bąblach na nogach następnego dnia nie będzie śladu. Ustępuje też wielodniowe zmęczenie.


Etap dwunasty - Caldas de Reis - Padron 19, 2 km 114 stopni do Świętego Jakubka z Góry

Droga do Padron, przedostatni etap. Czy to możliwe, że jeszcze dzień i koniec wędrówki? Jeszcze nie dotarłyśmy, a już żałujemy, że zostało niewiele ponad 40 kilometrów?
Wychodzimy z Olgą z albergi, kiedy jest jeszcze ciemno. To spanie na podłodze w przejściu między łazienką a zlewozmywakami, nie było wymarzonym miejscem na odpoczynek. Dziś mamy ochotę spać w łóżku. Na mapce droga wiedzie wzdłu ż rzeki. Nie powinno być problemów. Ścieżka prowadzi w las, niewiele widać, ale dlaczego jeżą nam się włosy na głowie? Znad rzeki i okolicznych bagien podnosi się mgła. Idziemy wśród niesamowitych starych drzew oplecionych pnączami, obrośniętych bluszczem i mchem, które wyłaniają się z ciemności jak różnokształtne zjawy, a to kozłów, a to splecionych w uścisku postaci. Brrr. Robi się jakoś zimno na plecach. Patrzę pod nogi, żeby nie rozglądać się na boki. Sama nie przeszłabym tędy za żadne skarby. W schronisku dzielimy się naszymi wrażeniami z innymi. Okazuje się, że wszyscy w tym miejscu czuli się podobnie nieswojo. Stare powalone pnie, wspierające się na nich drzewa, bagienny teren, mgły. Czy się chce czy nie, wyobraźnia działa.
Przed schroniskiem przy klasztorze karmelitanów w Padron kolejka plecaków. W alberdze są 42 miejsca. Nasze plecaki na miejscu 37 i 38. Opłaciło się ranne wstanie. Niedaleko od Padron - ok. 3 km, w miejscowości Herbon w klasztorze ojców franciszkanów jest wprawdzie nowe, otwarte w 2009 roku, schronisko, ale to dodatkowe kilka kilometrów. Wielu z tych, którzy przyszli po nas, po krótkim odpoczynku musi jednak ten dodatkowy dystans jeszcze pokonać. Szczerze nam ich żal.


Zdjęcie ze Świętym Jakubkiem

Padron to ostatni moment, by przygotować się duchowo do wejścia do Santiago de Compostela. Tu, w kościele świętego Jakuba, za ołtarzem znajduje się padron - słup milowy z czasów rzymskich, do którego została przycumowana łódź, którą przypłynęło ciało świętego Jakuba. Na ten słup, podobnie jak i inni, wrzucam monetę, by tu jeszcze wrócić. Od nazwy słupa wzięła nazwę miejscowość Padron. Wieczorem wdrapujemy się po 114 kamiennych stopniach, które prowadzą na wzgórze Santaguino do Monte - Świętego Jakubka z Góry, na którym, na kamiennych granitowych blokach, stoi statua św. Jakuba, upamiętniająca miejsce, w którym wygłaszał kazania. Obowiązkowo robimy pamiątkowe zdjęcie.
Wieczorem uczestniczymy we mszy świętej. Boże, dodaj nam jutro siły.

Etap trzynasty - Padron Santiago de Compostela 23, 9 km Objąć Świętego Jakuba

Już tylko 23, 9 kilometra do Santiago. Niemało. Rezerwuję miejsce w jednoosobowym pokoju bez łazienki w Seminario Menor - 12 euro za noc, w odległości kilkunastu minut od katedry Świętego Jakuba w Santiago. Większość pielgrzymów idzie do Monte do Gozo (Wzgórza Radości), do schroniska prowadzonego przez polskich zakonników, a kierowanego przez życzliwego wszystkim O. Romana Wcisło.


I żegnaj Padron. Witaj ostatnia drogo

Słońce świeci jak co dzień. Błękit miesza się z zielenią sosnowych lasów. Nawet zdążyłam przywyknąć do upału. Ładne widoki wynagradzają fakt, że znów się trzeba wspinać. W drodze dociera do mnie esemes Joli i Zbyszka: Gdzie jesteś? Czekamy na Ciebie przed katedrą w Santiago. I esemes mojej siostry, kochanej Martusi: Idę z tobą, i esemes od Joasi: Modlę się, żebyś doszła i nie czuła zmęczenia. Czy to te wszystkie dobre myśli tak mnie niosą, że dziś nie czuję zmęczenia? Że plecak lekki, aż podskakuje na plecach, chociaż nic w nim nie ubyło. Że nóg nie czuję. I myśl tylko jedna, żeby dojść do grobu świętego apostoła, objąć Świętego Jakuba, zostawić mu te wszystkie troski, wszystkie intencje, które mu niosę.
Idę szybko, może uda mi się zdążyć na mszę o godzinie 16.00? Tego dnia - jest sobota 17 września - ma ją celebrować polski biskup. Albo może zdążę na mszę o 18.00... Wybacz Weronique, wybacz Manoli, że ju ż wspólnie nie pośpiewamy. Dziś najważniejszy jest Santo Jacobeo. Oby tylko dojść.
Po 4 godzinach marszu, z daleka na wzgórzu pojawiają się czerwone dachy Santiago de Compostela. Wzruszenie, że to już prawie, że widać cel, że gdzieś na horyzoncie majaczą pocztówkowe wieże katedry Santiago. Czy to na pewno te wieże? Ostatnie kilometry przez przedmieścia Santiago dłużą się niemiłosiernie.
Centrum Santiago. Tu królują pielgrzymi. Co raz wybuchają okrzyki radości i powitań z tymi, których spotkało się na szlaku.
Jest Jola ze Zbyszkiem. Mimo tłumu odnajdują mnie i prowadzą do katedry.

I oto jestem

Oszołomiona wielkością patrzę w niebo na ogromne wieże katedry. Witaj Święty Jakubie. W tłumie ktoś woła do mnie z daleka. Tina! Marion! Raquel! Ach, co za radość. Oddaję plecak do przechowalni bagażu - z plecakiem nie wolno wchodzić do katedry i o godzinie 17 w sobotę 17 września klękam przed Świętym Jakubem. Patrzy na mnie w ołtarzu zdziwiony i ucieszony, i wygląda, jakby chciał coś powiedzieć. Ogarnia mnie poczucie szczęścia. Nie udaje mi się powstrzymać łez. Lecą z oczu jak dwa strumyki, zimne, czyste, niezależne ode mnie. Święty Jakubie dziękuję! Panie Boże, jak Ci dziękować, że tu jestem? Że Ty jesteś.
O godzinie 18 uroczysta msza święta sprawowana przez abp. Juliána Barrio i ważny moment - zapalenie fumeira, 52-kilogramowego srebrnego kadzidła. Botafumeiro wędruje w górę, podciągane na linach przez 8 ubranych w brązowe sukmany Hiszpanów, po czym, rozkołysane na wysokości kilkunastu metrów nad naszymi głowami, fruwa w górze od jednego końca do drugiego, na całą szerokość poprzecznej nawy.
Niezwykły spektakl. Wstrzymujemy oddech. Przez kłęby dymu prześwituje ogień, nawę zasnuwa obłok i wypełnia błogi zapach kadzidła. Błyskają flesze, a potem rozlegają się brawa.

--------------------------

Tekst i zdjęcia
Urszula Imienińska





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.