Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści.

Ewangelizacja Made in China

Sami o sobie Wolny głos młodzieży Komorowa

MP nr 2 (107) z 08 IV 2012r. /str. 46-47

Gdy 15 sierpnia 1549 roku Franciszek Ksawery dopływał do wybrzeży Japonii, w Europie już od wieków posiadano pewne informacje o krajach Dalekiego Wschodu. Popularnie mówi się o wyprawie weneckiego kupca Marco Polo, który wraz z ojcem (Niccolo) i stryjem (Maffeo) miał być rzekomo pierwszym Europejczykiem na chińskiej ziemi. Podczas podróży sporządził wiele notatek. Pomogły mu one w zdaniu relacji przez więzienne kraty w Genui dzielącemu z nim niewolę pisarzowi Rusticellowi, który przedstawił relacje Marca w swym dziele "Opisanie świata". Kwestie biografii podróżnika zostawiam dla ciekawych, ja jednak chciałem zwrócić uwagę na dwa inne fakty dotyczące jego osoby.

Po pierwsze, palmę pierwszeństwa weneckiego kupca na Dalekim Wschodzie należy oddać... Polakowi. Nie przywidziało się Państwu - Polakowi, a mówiąc konkretniej dwóm franciszkanom - Giovaniemu di Piano z Cremony oraz Benedyktowi z Wrocławia (albo Wielkopolski, tu źródła różnie wskazują) - którzy w latach 1245-1247 na zlecenie papieża Innocentego IV pojechali ewangelizować mieszkańców Karakorum, mongolskiej stolicy. Celem wyprawy miało być też zbadanie sił militarnych oraz przekonanie wielkiego chana do wsparcia toczonych z muzułmanami krucjat. Mówi się też czasem, że poszukiwali oni starożytnego księstwa chrześcijańskiego, które według legend miało się znajdować na Dalekim Wschodzie. Misjonarze dowiadują się podczas wyprawy o państwie, z którym Mongołowie stale muszą się zmagać - Khitaj. Podobieństwo do potocznego określenia mieszkańców Chin nie jest przypadkowe.
Jednak nie ma mowy o oskarżaniu Marca Polo o kłamstwo. Prawdopodobnie nie znał w ogóle relacji wcześniejszych podróżników i mógł pewnie paść ofiarą starego jak świat precedensu, który spędzał sen z powiek wielu badaczom obcych kultur. Jeśli pytał tubylców o to, czy jest pierwszy, zapewne widział skonsternowane kiwanie głowami, bo i co mieli mu powiedzieć? Czasem lepiej jest mówić to, co ktoś chce usłyszeć. Chińscy kupcy w swej handlarskiej zaradności musieli sobie zdawać z tego doskonale sprawę.
Żeby jednak nie zburzyć Państwu całkowicie autorytetu Marco Polo, trzeba oddać mu w jednym honor. Wprawdzie wiele jest nieścisłości nawet w jego relacjach, co czasem zrzuca się na kark ubarwiającemu zapewne wspomnienia Rusticellowi, ale to właśnie od Wenecjanina Europa dowiaduje się najwięcej w owym czasie o krajach Dalekiego Wschodu. W umysłach mieszkańców Starego Kontynentu tworzy się zalążek mitu Orientu.
Przełomem w myśleniu o Wschodzie był dopiero wiek XVII, a udział w tym mieli pierwsi jezuici. Kluczową postacią jest wspomniany we wstępie Franciszek Ksawery, z pochodzenia Bask. O jego pierwszej wyprawie misyjnej zadecydował przypadek. Król Portugalii zlecił rodakowi i przyjacielowi zakonnika, Ignacemu Loyoli, aby wysłał do nowo odkrytych Indii swoich kapłanów w roli dyplomatów. Na wezwanie zgłasza się Szymon Rodriguez, ale choroba uniemożliwia mu wyjazd. Na jego miejsce zgłasza się Franciszek. W 1541 roku wyrusza w niebezpieczną podróż do stolicy kolonii portugalskiej, Goa, gdzie niedługo założy pierwszą katolicką parafię na Dalekim Wschodzie. Jednak nie będzie mu to wystarczało. W 1547 postanawia udać się jeszcze dalej, do Japonii, którą Europa znała z barwnych relacji Marca Polo.
O sukcesie chrystianizacji Franciszka Ksawerego decydował zarówno talent dyplomatyczny, jak i stosowana przez niego rewolucyjna metoda, zwana inkulturacją. Jezuita doskonale rozumiał odległości, jakie dzieliła mentalność tubylcza z europejską. Nie chciał nauczać wedle znanych mu wykładni, które dla ewangelizowanych mogły być najzwyczajniej niezrozumiałe. Dopłynąwszy do pierwszej japońskiej wyspy, Kagoshima, spotkał się z silnym oporem tamtejszej arystokracji. Wyruszył więc do samego cesarza, na wyspę Yamaguchi, aby uzyskać oficjalne pozwolenie na działalność misyjną. Dopiero ubranego w bogaty japoński strój Franciszka (wraz z przyniesionymi darami) władca przyjął z otwartymi rękami. Tak więc metoda: "Jesteś między wrony - kracz jak one", sprawdziła się i w tym przypadku. Franciszek wiedział doskonale, że zaskarbiając sobie przychylność naczelnego przywódcy ewangelizowanego państwa, będzie mógł wpływać na decyzje, które w konsekwencji pozwolą królewskiemu doradcy osiągnąć postawione przed sobą cele misyjne. Szacuje się, że za sprawą jezuitów chrzest przyjęło około tysiąca Japończyków.
Święty Franciszek zdawał sobie również świetnie sprawę, że kluczem do chrystianizacji Dalekiego Wschodu są wyprawy misyjne do ówczesnego potentata politycznego w okolicy, jakim były Chiny. Zakonnik marzył o własnej podróży, niestety 2 grudnia 1552 roku (w tym roku mija 460. rocznica) umiera na wyspie Sancian w wieku 46 lat. Przepiękna w swoim tragizmie anegdota głosi, że w tym czasie miał na szyi relikwię św. Tomasza Apostoła, formułę profesji zakonnej oraz autografy swoich przyjaciół - jezuitów, wycięte z korespondencji. Jak napisał o nim w "Posłańcu Serca Jezusowego" ks. Jerzy Sermak, bliscy "nie byli daleko od niego. Miał ich przecież zawsze na swoim sercu".
Europejczycy, o czym pisałem wcześniej, posiadali już pewną wiedzę o terenach zamieszkałych przez Chińczyków, ale jednocześnie istniała jedna zasadnicza nieścisłość. Europa wiedziała o dwóch państwach chińskich i nie potrafiła rozwikłać zagadki, czy opisany przez wspomnianą wyżej wyprawę franciszkanów z XIII wieku Khitaj jest tożsamy z relacjami portugalskich kupców, gdzie kraj ten nosi nazwę Mangia (a potem właśnie China). Rozróżnianie rzekomo dwóch osobnych państw zostaje obalone w 1615 roku w dziele "O chrześcijańskiej ekspedycji do Sina" autorstwa Włocha, Mattea Ricciego.
Osoba tego jezuity jest dla mnie najdoskonalszym ucieleśnieniem metody inkulturacji. Był jednym z pierwszych duchownych, którzy ukończyli studia teologiczne w Goa, które, jak wiemy, dopiero co założył Franciszek Ksawery. Tam właśnie przyjął święcenia kapłańskie, po czym udał się do kolonii portugalskiej w Makao, gdzie przygotowywał się do działalności misyjnej. W Makao zaczął żmudną naukę języka chińskiego oraz przyglądał się lokalnemu społeczeństwu, aby opracować skuteczną metodę ewangelizacji. Wtedy to zaczął rozumieć, że droga do umysłów Chińczyków wiedzie przez filozofię konfucjańską. Dlatego też włożył tradycyjny strój mnicha, przybrał nowe imię, Li Matou i udał się na spotkanie z czołowymi myślicielami kraju. Prezentował im osiągnięcia technologii (np. zegary mechaniczne) oraz filozofii europejskiej. Razem z nawróconym przez siebie matematykiem Xu Guangqi zajmował się tłumaczeniem na chiński geografii Euklidesa, a także kreśleniem mapy geograficznej z Państwem Środka umieszczonym w centrum. Chińczycy jeszcze przez następne dziesięciolecia będą tę mapę rozpowszechniać w całym kraju.
Jego działalność naukowa została szybko doceniona, do tego stopnia, że cesarz Wanli nakazał go po śmierci pochować w ufundowanym przez siebie grobowcu. Mówił o nim Jan Paweł II: "Zdał się być do tego stopnia «Chińczykiem z Chińczykami», że stał się doświadczonym sinologiem w najgłębszym, kulturowym i duchowym znaczeniu tego słowa, osiągając w sobie nadzwyczajną wewnętrzną harmonię pomiędzy kapłaństwem a uczonością, pomiędzy tym, co katolickie a co orientalistyczne, pomiędzy tym, co włoskie a co chińskie". Bo i rzeczywiście, Ricci szukał między Europą a Chinami punktów wspólnych; szanował dorobek starożytnej kultury Wschodu, uważając jednocześnie, że jej chrystianizacja jeszcze by ją wzbogaciła i uzupełniła. To postawa godna pochwały, zwłaszcza w obecnym duchu zdrowego ekumenizmu. Obecnie trwa proces jego beatyfikacji, a magazyn "Life" umieścił go na liście stu najważniejszych postaci zeszłego tysiąclecia. To chyba dobra rekompensata za prowadzoną za jego życia ostrą krytykę niektórych katolickich środowisk, bojkotujących jego poglądy dotyczące lokalnych kultów przodków, które Ricci zamiast zwalczać, popierał.
Jest jeszcze jeden jezuita, o którym warto wspomnieć. Historia kontaktów Europy z Dalekim Wschodem po raz kolejny skorzystała z osoby Polaka, a był nim pochodzący ze Lwowa Michał Boym. W dzieciństwie poważnie zachorował i przysiągł, że jeśli wyzdrowieje, uda się na Wschód jako misjonarz. Tak się rzeczywiście stało. W 1643 otrzymał od papieża oficjalne zezwolenie na podróż do Chin. Podczas swojej przeprawy dookoła Afryki zatrzymywał się w wielu portach kontynentu, bacznie obserwując lokalne plemiona. Jego zapiski pozwoliły mu potem na wydanie studium pt. "Cafaria", uważanego obecnie za fundamentalne dzieło polskiej etnologii. W roku 1644, po dotarciu do Goi, otrzymał wieść, że Mandżurowie zdobyli Pekin, który już wtedy był stolicą Chin. Wydarzenie to wywołało w Państwie Środka olbrzymie zamieszanie. Królewska rodzina musiała emigrować na południe kraju, co otworzyło drogę do walk o rodzinną dominację i tron. Formalny władca, Jung Li, wspierał działalność portugalskich misjonarzy, przyjął nawet chrzest, licząc na późniejsze wsparcie Europy w rozwiązaniu zaciętego konfliktu.
Boym przypłynął do Makao, aby zacząć działalność misyjną i naukową. Zbierał informacje dotyczące różnych dziedzin chińskiej nauki, a zwłaszcza fascynującej go od lat medycyny. Zainteresowany nim cesarz, pokładał w jego osobie duże nadzieje. Postanowił wysłać go z poselstwem z powrotem do Europy, aby uprosić u papieża Innocentego X ogłoszenie krucjaty na Mandżurów. W 1650 polski misjonarz wyruszył w drogę. Niestety podczas drogi napotykał stale na trudności - w Goa nie znalazł dla siebie okrętu, więc postanowił jechać lądem, przez Persję i Turcję. Wreszcie po męczącej przeprawie trafia do Wenecji, jednak nie znalazł tam posłuchu. Dopiero w 1655 r. świeżo wybrany papież Aleksander VII zgodził się na audiencję, po czym przekazał cesarzowi Chin słowa otuchy i niewiele znaczące deklaracje. Zrezygnowany Boym wyruszył w powrotną drogę. W Indiach ponownie spotkały go komplikacje, wobec czego musiał ponownie zmienić trasę. Wreszcie, zupełnie wyczerpany, zakończył swą nieszczęsną misję - zarówno tę polityczną, jak i ziemską - 22 sierpnia 1659 roku na terenie chińskiej prowincji Kuangsi. Tę informację posiadamy od jego jedynego współtowarzysza, oficera Andrzeja Czenga, nie znamy natomiast miejsca pochówku.
Jakby na osłodę tego tragicznego życia, dzieła Michała Boyma okazały się kluczowe dla pojęcia kolejnych pokoleń Europejczyków o Dalekim Wschodzie. Jest on bowiem autorem pierwszej dokładnej mapy Chin, a także dzieł o medycynie i botanice chińskiej, które uważano za podstawowe źródło wiedzy jeszcze pod koniec XVIII wieku. Co należy zaznaczyć, był jedynym tak znaczącym autorytetem w dziedzinie nauki o Państwie Środka.
Olbrzymi udział jezuitów w poznawaniu krajów Dalekiego Wschodu jest nie do przecenienia. Jak widzieliśmy, historia naszych relacji z Orientem jest dość długa i zawiła, niekiedy w grę wchodziła nawet brutalna polityka. Jednocześnie mało kto z nas, Polaków, zdaje sobie sprawę z zasług naszych wybitnych rodaków w tych odkryciach, a to przecież wielka szkoda.

--------------------------

Wojtek Sztyk
Młodzieżowe Koło Dziennikarskie





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.