Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści. MP nr137/16

Filomena Michałowska

Żyć pod parasolem Matki Bożej


- MP nr 3 (136) z 10 IX 2017 /str. 28

Kiedy umawiałam się na rozmowę z Bożeną i Wiesławem Czerwińskimi i ich mamą Filomeną Michałowską, nawet nie przypuszczałam, że za chwilę roztoczy się przede mną życie pełne doświadczeń i świadectw. Życie, w którym łzy przeplatają się z radością, które pełne jest niespodziewanych zwrotów. Mimo losowych zawieruch w tej rodzinie w każdej sytuacji potrafią dziękować Bogu za każdy przeżyty dzień.




Ale żeby poznać źródło ich wiary, postanowiłam porozmawiać najpierw z panią Filomeną Michałowską, mamą Bożeny Czerwińskiej.
– Nie miałam łatwego życia – mówi pani Filomena, rocznik 1928, stawiając przede mną aromatyczną herbatę, częstując domową nalewką i ciasteczkami. Na stole koronkowa serweta, w oknach kwiatki w doniczkach, na ścianach obrazy świętych i zdjęcia – portrety z czasów młodości.
– Do Warszawy przyjechałam za pracą. Miałam wtedy może 17, może 18 lat. Kiedy opuszczałam dom rodzinny, ojciec jako błogosławieństwo na drogę powiedział: "Tylko pamiętaj, córko, zawsze trzymaj się Matki Bożej. Nie puszczaj jej ręki. Wtedy nie spotka cię nic złego" – tak pani Filomena wspomina początki samodzielnego życia. – Tego mi nie trzeba było powtarzać, bo Matka Boża była w naszym domu na Podlasiu zawsze święta i szanowana. To u nas w domu odbywały się nabożeństwa majowe, bo do kościoła było daleko. Roraty, nabożeństwa różańcowe – nie trzeba było nas, dzieciaków, do nich poganiać.


Tatusiowe błogosławieństwo


– Ale tatusiowe błogosławieństwo wzięłam sobie do serca. W Warszawie przy alei Niepodległości mieliśmy daleką rodzinę, więc tam pojechałam najpierw. Niedługo potem znalazłam pracę w zakładzie kaletniczym, gdzie najpierw wykańczałam torebki, potem uczyłam się je szyć samodzielnie.
Za pierwsze zarobione pieniądze pojechałam do Częstochowy. Na jednej z wystaw zobaczyłam obraz Matki Bożej, która jakby się do mnie z tego obrazu uśmiechała. "No nie, Najświętsza Panienko, zabiorę Cię ze sobą". Kosztował ten obraz pięć i pół tysiąca złotych. Akurat tyle wszystkich pieniędzy miałam.
Kupiłam piękny obraz, ale nie miałam na bilet powrotny. Czy to Matka Boża temu zaradziła, nie wiem. Jeszcze tego dnia spotkałam w Częstochowie krewną ciotkę, która mi dała pieniądze na drogę powrotną.
Mając 22 lata, wyszłam za mąż. W Warszawie zdobyłam zawód i zdałam egzaminy czeladnicze. Mieliśmy z mężem plan, żeby wrócić na Podlasie. Ale wtedy właścicielka zakładu, w którym pracowałam, żeby mnie zatrzymać, bo robota dobrze mi szła, podarowała nam kawałek swojej działki w Komorowie przy ulicy Komorowskiej. Mąż był stolarzem, postawił mały domek – taki pokój z kuchnią. Stół, łóżko, łóżeczko dla dziecka – to było całe urządzenie.
Chyba się te gołe ściany niezbyt podobały naszej Panience Częstochowskiej i postanowiła nam pomóc. Bo oto jednego dnia przyjechał do męża z Warszawy zamożny człowiek. Chciał, żeby mu coś z drewna wykonać. Jak zobaczył, że dość biednie mieszkamy, zadecydował, że tak nie może być i musi nam kupić wszystkie meble i do kuchni, i do pokoju, a my małymi ratami te meble będziemy spłacać. No czy to normalne, że przychodzi obcy człowiek i kupuje drugiemu meble? – dziwi się jeszcze dziś pani Filomena. – Mieliśmy pojechać z nim do magazynu i te meble sobie wybrać. Jak za dotknięciem jakiejś różdżki nasz dom został pięknie urządzony. Daliśmy też radę spłacić cały dług.


Na kolanach u kardynała Wyszyńskiego


– Kiedy jechałam do Częstochowy, żeby za te wszystkie dobrodziejstwa Matce Najświętszej dziękować, byłam w ciąży. Wtedy Bożenka była ze mną na Jasnej Górze po raz pierwszy. I już obie córki polecałam Matce Bożej. Wandzię – która miała dwa lata – i Bożenkę, która dopiero miała się urodzić. Potem do Częstochowy jeździłyśmy prawie co roku. Należałam do Stowarzyszenia Rodzina Rodzin założonego przez kardynała Stefana Wyszyńskiego i co roku mieliśmy wspólne modlitwy na Jasnej Górze. W sierpniu 1960 roku, może to był 1961 rok, Bożenka miała kilka lat. Stałam w tłumie, trzymając ją na rękach. W pewnej chwili podszedł do nas jakiś organista i mówi, żeby iść za nim. Przeprowadził nas przez tłum na sam chór, a ja stałam i po raz pierwszy czułam, że stoję tuż przed samą Matką Bożą. Żartowałam, że chciała mi się lepiej przyjrzeć. A może chciała Bożenkę zobaczyć. To było zdarzenie, które pamiętamy do dziś. Podobnie jak inne. Często w spotkaniach Rodziny Rodzin uczestniczył kardynał Wyszyński. Nie wiem już, jak to było, że usiadł niedaleko nas i wziął kilkuletnią Bożenkę i posadził ją sobie na kolanach, a ja mogłam spokojnie odmówić różaniec. Lubił dzieci, lubił się z nami modlić przed Matką Bożą.
Kiedy uskładaliśmy już trochę pieniążków, postanowiliśmy z mężem kupić jakiś plac w Komorowie i postawić większy dom. I tylko prosiłam: "Panienko Najświętsza, Ty wiesz, że bardzo chciałybyśmy mieszkać blisko kościoła". I tak się stało, że znaleźliśmy działkę blisko kościoła, na ulicy 3 Maja, postawiliśmy murowany dom. Bliżej kościoła już chyba nie było można – śmieje się pani Filomena.– I mogę sobie codziennie iść na wieczorną albo poranną mszę. Ktoś mądry powiedział: "Nie mów Bogu, że masz wielkie troski. Powiedz troskom, że masz wielkiego Boga". To ja tym troskom mówię, że mam też wielką Matkę.


Pacierz, modlitwa, dziękowanie – to jest jak oddychanie


– Nigdy nie zamartwiałam się, że czegoś nie mamy – mówi, namyślając się, pani Filomena. – Wiedziałam, że Ten, który nas stworzył, wie również, co ma z nami zrobić. I dał nam Matkę Najlepszą, Najczulszą, Najukochańszą, która nigdy nie zawiedzie. Jest taka pieśń do Maryi, którą chyba tylko tacy starzy jak ja pamiętają:
"Kto się w opiekę odda Pannie Świętej,
Niech ma ufanie w potrzebie zaczętej.
Śmiele zawoła: obroń mnie, Maryja,
Wnet straszna trwoga przez jej pomoc mija".
I to jest cała filozofia dobrego życia. Trzymać się Maryi. Żyć pod Jej parasolem. Zaufać jej. Zawierzyć. Bo czy jest Matka, która nie będzie troszczyć się o swoje dzieci?


--------------------------

Rozmawiała
Urszula Imienińska





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.