Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści. MP nr137/17

Z Bożeną i Wiesławem Czerwińskimi o zawierzeniu życia Maryi

Pacierze może mówić każdy, ale modlić się trzeba umieć


- MP nr 4 (137) z 1 XI 2017 /str. 15

Nie jest łatwo się umówić. Bożena i Wiesław Czerwińscy lato spędzają na wsi, wśród pszczół, którym obydwoje poświęcają niemal każdą wolną chwilę. Pszczoły to od kilku lat pasja pana Wiesława.




Lubią obserwować ich życie, organizację pracy, wychowanie młodych i mogą o tym opowiadać całymi godzinami. Bo pszczoły są pilne, pracowite, rodzinne, opiekuńcze, wrażliwe na krzywdę. Potrafią samodzielnie podejmować ważne decyzje, ale we wszystkim są podporządkowane królowej matce. Ona rządzi, one jej słuchają.
Siedzimy w rozsłonecznionej werandzie pięknego domu. Pachną rozgrzane sosny, ćwierkają wróble. Między drzewami widać kopułę pobliskiego kościoła.

Długa była droga, którą przeszli, żeby dziś móc spokojnie pić herbatę na tej słonecznej werandzie.

- Po ślubie różne były nasze koleje losu, ale marzyliśmy, żeby mieszkać w Komorowie - opowiada Bożenka. - Chcieliśmy być blisko rodziców, ale też i dlatego, że od dziecka biegałam do Komorowskiej Matki Bożej. Jej się zwierzałam, Ją prosiłam o pomoc i tu byłam wysłuchiwana. Mijały lata. Powoli nasze marzenie zaczęło się spełniać. Sprzedaliśmy mieszkanie w Pruszkowie, pożyczyli nam rodzice i kupiliśmy pół bliźniaka w Komorowie. Wtedy nasi synowie, Tomek i Leszek, byli już nastolatkami - opowiada Bożenka. - W tym czasie prowadziliśmy mały warsztat wyrobów z drewna. Po stanie wojennym, gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, przyszły dobre czasy dla drobnych firm. Przepisy umożliwiały zakładanie rodzinnych firm, spółek. Otworzyły się granice. Zielone światło zachęcało ludzi do brania życia w swoje ręce, do inwestowania.

Wziąć życie w swoje ręce

Kiedy pojawiła się propozycja podpisania rocznego kontraktu z dużą francuską firmą na produkcję bukowych prawideł do butów, zastanawiali się wprawdzie, ale wszystkie rachunki wskazywały, żeby wypłynąć na szerokie wody.
- Wzięliśmy kredyt, kupiliśmy specjalistyczne maszyny do obróbki drewna, zatrudniliśmy ludzi do pracy. Dobrze nam szło - wspominają - ale w roku 1990, tak gdzieś w połowie naszego kontraktu, zaczęła szaleć inflacja. Ceny drewna z tygodnia na tydzień szybowały w górę. Najpierw 100 procent, potem 200, 500, 1000 procent. Wiesiu pojechał do Francji z nowymi fakturami cen drewna, żeby renegocjować warunki umowy. Tej obecnej nie byliśmy w stanie dotrzymać. Usłyszeliśmy, że nie tylko musimy wywiązać się z umowy, ale każde odstępstwo czy jej zerwanie skutkuje niebotycznymi karami. To był dla nas szok. Nie mieliśmy pieniędzy na drewno, na zapłatę ludziom. Byliśmy zrujnowani. Żeby wywiązywać się z umowy, sprzedawaliśmy wszystko, co mieliśmy, na końcu sprzedaliśmy dom. Przyszedł taki dzień, w którym nie mieliśmy nawet złotówki na chleb. I nawet wtedy, klęcząc przed naszą Komorowską Panią i prosząc o ratunek, dziękowałam. Dziękowałam Maryi za życie, za to, że mamy siebie, że się wspieramy, dziękowałam za zdrowe dzieci. I nie wiem, skąd miałam siłę, żeby za każdy przeżyty dzień mimo wszystko dziękować.

Wysłuchane modlitwy

- Pierwsza z pomocą przyszła sąsiadka z drugiej części bliźniaka, pani Mira, która odstąpiła nam do mieszkania swój dom. Sama mieszkała w Warszawie, a do Komorowa przyjeżdżała dokarmiać koty. Ucieszyła się, że ją w tym zastąpimy. Co wtedy czuliśmy? Ja na pewno, że jest to ratunek z samego nieba, że jest to wyciągnięta ręka Matki Bożej - mówi Bożenka i na wspomnienie tamtych dni ma łzy w oczach.
- Muszę powiedzieć, że ten czas przetrwaliśmy też dzięki naszym chłopcom. W naszej rodzinie jest taki zwyczaj, żeby przynajmniej raz dziennie zasiadać do stołu, do wspólnego posiłku. Ten stół nas łączył. Przy tym stole rozmawialiśmy, przy stole było dobre miejsce, żeby dzielić się i radościami, i kłopotami. Przy stole w tych trudnych chwilach byliśmy razem. Synowie starali się nam pomagać i to było wspaniałe.
Kiedy skończył się kontrakt z francuską firmą, byliśmy wprawdzie bez grosza, ale czuliśmy wdzięczność Bogu, że mamy siebie i możemy na siebie liczyć w tych trudnych chwilach. Podejmowaliśmy się wtedy różnych produkcji, żeby przetrwać. Był pomysł, to był chleb.
Jednym z naszych wyrobów zainteresowała się sieć marketów. Minęły trzy lata i zaczęliśmy stawać na nogi.
- Nie zdążyliśmy jeszcze spłacić wszystkich długów, kiedy spadł na nas kolejny cios. Urząd Skarbowy upomniał się o podatek za sprzedaż domu. Kolejne ciężkie dni. Nie damy rady. Nie mieliśmy z czego zapłacić kilkudziesięciu tysięcy złotych - mówi pan Wiesław.
- I znowu z pomocą przyszła sąsiadka, pani Mira - ta, która wynajmowała nam dom. "Kupujecie ode mnie ten dom. I tak chcę go sprzedać"- powiedziała zdecydowanie i umówiła wizytę u notariusza. Przepis bowiem mówił, że gdy pieniądze ze sprzedaży lokowane były w kupno nowego domu czy mieszkania, nie trzeba było płacić podatku od sprzedaży. Byliśmy uratowani. Nie miałam wątpliwości, że to znów pomocna ręka Matki Bożej Komorowskiej.

Łaski pełna

Zaraz potem jakby rozwiązał się worek z łaskami dla nas. Nasze wyroby zaczęły iść jak woda. Płynęły zamówienia, płynęły pieniądze. Spłaciliśmy kredyty, długi, spłaciliśmy dom, rozbudowaliśmy go. Dobudowaliśmy warsztat.
- Jeździłem polonezem truckiem z wyrobami po całej Polsce - wspomina pan Wiesław. - Pomyślałem wtedy, że przydałby się nam większy, dostawczy samochód. I nawet już odpowiedni znalazłem. Solidny mercedes. Duży, bezpieczny. Ale na jego kupno znów musielibyśmy wziąć kredyt. W bankach mieliśmy czyste konto. Nie było żadnych przeszkód.
- Ale ja najpierw do Matki Bożej na kolana i proszę o radę - wspomina Bożenka. - Modliłam się: Mateńko, powiedz, czy możemy wziąć ten kredyt, czy to dla nas dobre rozwiązanie? Czy naprawdę potrzebny nam ten większy samochód? Daj nam znak, co dla nas jest dobre.
- Następnego dnia już miałem ten samochód odbierać od firmy, która go sprzedawała - wspomina pan Wiesław. - Miałem już w ręku fakturę. Firma sprawdziła w banku, że kredyt możemy wziąć. Pojechałem po samochód i wtedy jakiś nowy urzędnik w banku stwierdził, że nie udzieli nam kredytu. No pełne zaskoczenie.
- Kiedy mąż przyjechał wieczorem z tą odmową z banku, wiedziałam, że to jest odpowiedź Matki Bożej i poszłam jej podziękować. Nie staraliśmy się więcej o kredyt, zrezygnowaliśmy z kupna tego samochodu - mówi Bożenka. - Cztery miesiące później zamówienia spadły, znowu ledwie starczało na życie. Kredytu nie spłacilibyśmy. Boję się myśleć o konsekwencjach.

Każdy dzień smakujemy jak miód

- Dziś żyjemy powoli. Każdy dzień smakujemy jak miód. Za każdy Bogu dziękujemy - mówi prosto pan Wiesław.
- Modlę się też o opiekę Maryi dla moich synów - mówi Bożenka. - Od kiedy się urodzili, modliłam się, aby mogli robić w życiu to, co będzie wolą Bożą. Dziś starszy syn, Tomek, jest pilotem, podpułkownikiem i instruktorem lotnictwa. Młodszy, Leszek, prowadzi własną firmę.

Lekcja pokory

- A Matka Najświętsza pomaga, ale potrafi uczyć i pokory - uśmiecha się pan Wiesław. - Pamiętam takie zdarzenie w pierwszych latach małżeństwa. Zbliżały się święta wielkanocne. Bożenka zagadnęła: "Wiesiu, byłeś już u spowiedzi?". Coś tam mruknąłem, bo oczywiście nie byłem. Jest Wielkanoc, msza święta, komunia. Stoję w środku kościoła, przesuwam się w stronę drzwi, żeby jakoś uciec, ale ksiądz z komunią jest coraz bliżej. Spojrzałem na Matkę Bożą w ołtarzu i przestraszony zawołałem w duszy: "Maryjo, no nie pozwól, żebym przyjął świętokradczą komunię!". Stałem w tym tłumie jak skamieniały. Ksiądz udzielił komunii człowiekowi przede mną i nagle odwrócił się, i wrócił do ołtarza. Okazało się, że zabrakło komunikantów. Czułem, że zabrakło właśnie dla mnie. Spojrzałem na Matkę Bożą, spuszczała tylko skromnie oczy.
- Bożenko, powiedz mi, jak się modlicie, że Maryja tak was wysłuchuje? - pytam.
- To ja odpowiem - uśmiecha się pan Wiesław. - Moja modlitwa jest taka bardziej męska. Modlę się o odwagę mówienia o Bogu. A Bożenka modli się na kolanach. Modli się żarliwie, gorliwie, uczciwie i szczerze. Modli się jak dziecko, z wielką ufnością. Bo pacierze może mówić każdy, ale modlić się niewiele osób potrafi.
- Często pytam: "Mateńko, co mam robić?" - dopowiada Bożenka. - I cały czas słyszę: "Nie martw się". I nie martwię się. Tylko trzeba jej zaufać całym sercem. Do końca. Na maksa.
- Często słyszymy o Łasce Bożej, ale nie bardzo wiemy, co to takiego - dopowiada pan Wiesław. - Myślę, że działanie Łaski Bożej polega na oświecaniu przez Boga rozumu człowieka, by łatwiej dojrzał, co jest dobre i ważne i umiał wcielać to w życie. Mądrość życia z Bogiem to zapraszanie go do swojego życia. Pytanie Go i rozmawianie z nim.
Kiedy słucham historii życia Bożeny i Wiesława, nasuwa mi się fragment z Izajasza:
"lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły,
otrzymują skrzydła jak orły:
biegną bez zmęczenia,
bez znużenia idą".
I sama siebie pytam, dlaczego to zaufanie jest takie trudne.


--------------------------

Tekst i zdjęcia
Urszula Imienińska





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.