O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017   2018   2019 
Przejdź do spisu treści. MP nr142/19

Z misją na Filipinach


- MP nr 2 (142) z 3 IV 2019 /str. 13-14

Mój Tata od dłuższego czasu współpracował z siostrami urszulankami, ja zaś byłam kiedyś na pokazie na temat misji tych sióstr na Filipinach. Prowadziła go siostra Wioletta, która wtedy na chwilę przyleciała do Polski. Widziałam zdjęcia, słyszałam relacje, ale Europejczykowi trudno wyobrazić sobie tak daleki kraj i to nie od strony turystycznych atrakcji. Dlatego pomysł Taty, by tam pojechać i towarzyszyć urszulankom w ich pracy, uznałam najpierw za nierealny, wręcz szalony. Absolutny eksperyment. Nigdy nie byłam na misji, nigdy na Filipinach.
Pierwszy tydzień w Tagaytay był pasmem wrażeń, twarzy, smaków, nowych miejsc. Siostry najpierw zapoznały nas z zakresem swych działań. Realizują mnóstwo projektów i niełatwo się zorientować, co przez kogo jest finansowane, który zakon pomaga, w której akcji. Byłam pod wrażeniem ich aktywności: każdego dnia jeżdżą z pomocą, pakują paczki, przygotowują zajęcia dla rodzin adopcyjnych, odwiedzają więźniów. A wszystko z uśmiechem na twarzy i determinacją. Ten duch optymizmu był dla mnie niesamowitym świadectwem wiary. Choć padasz na twarz i wokół jest tyle biedy i zła, nie zniechęcasz się i działasz dalej, bo wiesz, że to ma sens. Tym sposobem bycia zarażasz wszystkich dookoła, a uśmiech odbija się w twarzach biedaków, chorych dzieci, uwięzionych.

W więzieniu

Kiedy pierwszy raz mieliśmy odwiedzić więzienie, bardzo się stresowałam. Wyobrażałam sobie, że idę do kryminalistów i to takich, co żyją na końcu świata na egzotycznej wyspie. Akurat to więzienie znajdowało się na dachu budynku, nad sklepami, apteką i innymi lokalami. Gdy nas wpuszczono, właśnie rozpoczynała się Msza Święta, więc stanęliśmy na końcu obserwując nowe otoczenie. Twarze skupione na homilii wcale nie wyglądały groźnie. W tym tłumie nawet nie czułam się intruzem, bo choć jesteśmy tak różni, to tworzymy wspólnotę, którą łączy jeden Bóg. Wielu mogłoby brać przykład z zaangażowania więźniów w śpiew i modlitwę. Powoli do mnie docierało, że ci ludzie są dużo bardziej ofiarami niż oprawcami i pomimo strasznych warunków w celach i niepewnej przyszłości nadal mają nadzieję. Bez niej nie byliby w stanie tu przetrwać.
Dla ludzi z Europy nie do uwierzenia są tamtejsze warunki życia. Przepełnione cele, spanie na zmianę, brak okien, świeżego powietrza, czy jakiejkolwiek pomocy medycznej. Siostra Wioletta zna wszystkich strażników, szefów cel, zna historie wielu więźniów. Wszyscy traktują ją jak świętą, co zupełnie nas nie dziwiło, bo załatwia im wszystko: pomoc duchową, materialną i psychologiczną.
Odwiedziliśmy pięć więzień. Najgorsze było to w piwnicy straży pożarnej. Zawilgocone pomieszczenie bez okien, gdzie w malutkich celach tłoczyli się skazani. Wiedząc, że przyjdziemy, przygotowali dla nas program artystyczny - to były piosenki, które sami napisali. Gdy jedni śpiewali o nadziei i Bogu, inna grupa więźniów starymi szmatami powstrzymywała wodę wlewającą się do piwnicy. Była pora tajfunów - wciąż lał deszcz.

Dom dla Michaela

Michael ma czworo dzieci, w tym jednego maluszka. Kiedyś uległ paraliżowi i ledwo może wyżywić rodzinę. Mieszkali w czymś, co trudno było nazwać budynkiem. Konstrukcja zrobiona z kawałków blachy, drewna i odpadków. Tata zdecydował się ufundować budowę ich nowego domu i ku wielkiemu zdziwieniu miejscowych jeszcze wziął w tym czynny udział - nosił pustaki, murował fundament.



Michał Michaelowi - przerwa na łyk wody w trakcie budowy nowego domu.




Obserwowanie procesu budowy było wydarzeniem dla całej wsi. Pod koniec prac na lokalnym targu kupiliśmy potrzebne wyposażenie i wkrótce nowy dom został oficjalnie poświęcony. Siostry zawiesiły w środku krzyż i modlitwę do Archanioła Michała, bo - przyznam - zbieżność imion gospodarza domu i mojego Taty, też Michała, była przedziwna. Na uroczyste oddanie domu przyszło wielu ludzi i dopiero wtedy można było zauważyć, ile dobrych dusz pomogło w tym procesie. A wzruszenie Michaela, uśmiech jego żony i euforia dzieci były wielką nagrodą.

"Welcome" w domu zakonnym

Dość szybko zakon sióstr urszulanek stał się dla nas prawdziwym domem. Przyzwyczailiśmy się do rytmu dnia, do dzielenia obowiązków z siostrami, do wspólnej modlitwy. Przed wyjazdem wyobrażałam sobie, że życie w zakonie będzie sztywne, ciche, a ja ciągle będę popełniała jakieś faux-pas, nie znając panujących tam zasad. Jednak siostry okazały się najbardziej otwartymi, uśmiechniętymi, pełnymi wyrozumiałości osobami, jakie dotąd poznałam. Ich gościnność nie miała granic, były we wszystkim pomocne i pełne ciepła. Byliśmy witani przez cztery dni. Codziennie dostawaliśmy ciasto, piosenkę lub plakat "welcome", co było urocze. Siostra Wioletta opiekowała się mną jak dobra ciocia, opowiadając o kulturze Filipin i o spotykanych ludziach. Gdziekolwiek jechaliśmy, dokładnie wyjaśniała nam, po co jedziemy, komentowała zachowanie osób, pokazywała różnice kulturowe, przedstawiała nas swoim przyjaciołom. Dzięki niej znaczne lepiej poznałam ten kraj.
Duże wrażenie zrobiła na mnie prostota wiary sióstr. Jestem w wieku, w którym wzniosłe słowa o wierze w Boga zupełnie do mnie nie przemawiają. Irytują mnie kazania, gdzie wśród ozdobników, górnolotnych określeń nie można dostrzec głównego, konkretnego przesłania. Na Filipinach mówienie o Bogu jest proste, bez udziwnień. Siostry i Bracia, których poznaliśmy, swoim codziennym działaniem dawali świadectwo o Bogu, co było dużo silniejsze niż wypowiedzi pełne patosu. Zapamiętałam pewną, z pozoru nieistotną sytuację. Przy wspólnej kolacji siedziałam obok siostry Salome. Intensywnie wpatrywała się w mangosteen, popularny tam tropikalny owoc. Nagle rzekła: "Patrz Ada, na dole tego owocu jest kształt, który wygląda jak kwiat! Jak Pan Bóg to pięknie stworzył, ile w tym symetrii, fascynujące!". Kiedy sama spojrzałam na owoc, uświadomiłam sobie, że siostra Salome pewnie widzi ten owoc codziennie, a mimo to wciąż potrafi zachwycić się "projektem" Boga. Teraz i ja staram się właśnie tak patrzeć na świat, doceniać nie tylko piękne zachody słońca i pejzaże gór. Znaleźć piękno w codzienności, w ludziach, których twarze znam na pamięć, w domach, które widzę idąc codziennie na uczelnię lub w potrawach, które jem. Bo również za to powinnam być wdzięczna Bogu.


Maszyny do szycia

Pewnego razu wzięliśmy udział w uroczystości poświęcenia maszyn do szycia, które zostały kupione dzięki sponsorom z Polski. Do kościoła parafii pw. św. Jana Pawła II zaproszono wszystkie osoby związane z tą akcją. Razem z siostrą Lishiel układałam przy każdej maszynie metalową tabliczkę z imieniem świętego i przygotowany opis jego życiorysu ze zdjęciem. A brat Benedykt razem z Tatą przykręcali tabliczki do blatów maszyn. Wszyscy w przejęciu czekali na poświęcenie. Najbardziej wzruszyła nas chwila, kiedy "opiekunki" podeszły do swoich maszyn, niektóre z dziećmi na rękach. Zaaferowane czytały opisy świętych i oglądały sprzęt. Były takie dumne! Zajaśniał sens całej akcji. Oto zwykłe maszyny dostały ludzką twarz kobiet, które mogą patrzeć w przyszłość z uśmiechem. Kobiety dostały sprzęt, dzięki któremu mogą zapewnić lepszy byt sobie i swojej rodzinie.



Kobiety przy maszynach do szycia po ceremonii poświęcenia darów.



Patrząc z fotela na wysypisko

Trudno sobie wyobrazić, jak wielu biednych ludzi na Filipinach żyje na wysypiskach śmieci. By nie żywili się odpadkami i nie chorowali z tego powodu, siostry dostarczają im żywność.
W pamięci zapadła mi wizyta w Quarry, miejscu, gdzie domy znajdują się na samej granicy wysypiska śmieci. Widok był szokujący. Nie mogłam odgadnąć, gdzie kończy się wysypisko, a gdzie zaczyna podwórko domu. Wiele rzeczy w tych domach pochodzi właśnie z wysypiska. Przed jedną z chatek na wzniesieniu stały stare, podziurawione fotele, obok nich deska jako stoliczek. Parę kur, wiszące pranie, plakat jakiegoś filipińskiego zespołu, a dookoła porozrzucane śmieci. Wysypisko zaczynało się pod stopami i ciągnęło po horyzont. Aż trudno uwierzyć, że ktoś tu mieszka. Dodatkowo ten smród! A i tak był to okres, kiedy jest zimno; podczas upałów pewnie nie da się oddychać.
Po rozdaniu przywiezionej żywności i środków czystości siostry przeprowadziły rekolekcje w języku tagalskim, wspólną modlitwę, a później zaczęły się pląsy i zabawy. Dużo śmiechu i śpiewania. Dzieci biegały ile sił w nogach, zupełnie na bosaka, przez górki i dołki wysypiska, po odłamkach szkła i ceramiki. Zdjęłam japonki i próbowałam przejść choć pół kroku po tych odpadkach, ale nie byłam w stanie. Dla tych dzieci to niestety środowisko, w którym żyją od urodzenia. Biegają tak beztrosko, jakby były na zielonej łące.
Czasem rozdzielaliśmy też odzież. Raz ubawiła mnie dwójka chłopców, którzy założyli białe koszule - sięgały im do kolan. Mając takie kitle mówili, że chcą zostać lekarzami.



Czy w przyszłości będą lekarzami?


Szlak ryżowy

Z Giną, podporą i "managerką" całej parafii św. Jana Pawła II, miałam okazję odwiedzić część kaplic. W jednej z nich właśnie odbywała się akcja "ryżowego szlaku". Prosto ze szkoły, z plecakami zachodziły tu maluchy, często w towarzystwie mam i rodzeństwa. Dzieci jadły, aż im się uszy trzęsły. W kaplicy było pełno gwaru, jedzenie pachniało smakowicie. Przydałam się i ja, po posiłku rozdając dzieciom kolorowanki i kredki - razem malowaliśmy i uczyliśmy się angielskiego. W pewnym momencie jedna z dziewczynek podeszła prosząc o sprawdzenie zadania. Było poprawne i w nagrodę namalowałam jej na ręku gwiazdkę. Po chwili wszystkie dzieci stały w kolejce po gwiazdkowy tatuaż, a my z Giną umierałyśmy ze śmiechu z naszej roli tatuażystek.
O swoich wrażeniach z wyjazdu mogłabym opowiadać dłużej niż trwał sam wyjazd. Tam przekonałam się, że europejskie określenia "trudne warunki" czy "skomplikowana sytuacja rodzinna" nabierają zupełnie innego znaczenia. Nawet nie wyobrażamy sobie, jak niektórzy mają ciężko, ale siostry urszulanki robią wszystko, żeby dać nadzieję. Potrzebne są jednak fundusze, by napędzać to całe koło pomocy. Nie musi być dużo - można odmówić sobie kawy na mieście, bluzki z nowej kolekcji czy biletu do kina. Grosz do grosza, uzbiera się odpowiednia suma, by komuś pomóc. A ja po miesiącu obserwowania sióstr w akcji mogę zaręczyć, że będzie to pomoc profesjonalna i rozważna.

--------------------------

Ada Jeżewska

Zdjęcia: Ada Jeżewska, Michał Jeżewski






Copyright 2007-2019 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt: (LKP), Greyworm & Majka. Wszystkie prawa zastrzeżone.