Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści. MP nr (7) 77/07

Ile się nagrzeszą te ludy

Z okruchów pamięci rodzinnej

nr 7 (77) z 18 XI 2007r. /str. 28

Maria Dąbrowska zmarła 19 maja 1965 r. W tym samym dniu zmarł w Komorowie Bolesław Lewiński, mój dziadek ze strony matki. Czy łączyło ich coś więcej oprócz tego, że zamieszkali w Komorowie u schyłku życia? Nic. Nie znali się. Chciałoby się rzec, że mieli jednak wspólne doświadczenia pokolenia zrodzonego w niewoli, które doczekało wolnej Polski. Oboje pochodzili z tej samej warstwy społecznej - drobnej szlachty ubożejącej w popowstaniowym zaborze rosyjskim. Ojciec Marii Dąbrowskiej był zarządcą Russowa pod Kaliszem. Mój dziadek wspominał odwiedziny u swojego dziadka, właściciela majątku Łączyno w Przasnyskiem. Ale na tym analogie się kończą. Tak różne są koleje życia obojga.


Bolesław Lewiński na placu budowy swojego domu przy ul. Klonowej w Komorowie - lata 40 ubiegłego wieku
Bolesław Lewiński na placu budowy swojego domu przy ul. Klonowej w Komorowie - lata 40 ubiegłego wieku



Maria Dąbrowska otrzymała solidne wykształcenie. Studiowała na uniwersytetach w Lozannie i Brukseli, podróżowała po Europie Zachodniej. Tam poznała swojego męża, Mariana Dąbrowskiego, który wprowadził ją w kręgi polskiej elity intelektualnej i artystycznej, w środowiska niepodległościowe i masońskie. W ten sposób kształtowała się osobowość przyszłej pisarki. Lata pierwszej wojny światowej Dąbrowska przeżyła bezpiecznie, na głębokim zapleczu frontów. W centrum wydarzeń historycznych znalazła się w Warszawie pod koniec wojny, gdy "wybuchła Polska". Pracując w urzędach rządowych przeżywała dramatyczne chwile odpierania nawały bolszewickiej w 1920 r. Ślad tamtych wydarzeń odnajdujemy w jej "Dziennikach".
Bolesław Lewiński wychowywał się na Podlasiu, w czasach brutalnej rusyfikacji i walki z wiarą katolicką. Jako kilkunastoletni chłopak wraz z ojcem brał udział w stawianiu nocą krzyży w lasach, przy których księża potajemnie udzielali sakramentów świętych. Siłą wcielony do armii carskiej, służył w reprezentacyjnym Pietropawłowskim Pułku w Petersburgu. Uczestniczył w oficjalnych uroczystościach z udziałem cara. W wyniku komplikacji związanych z kontuzją nogi, odniesioną podczas ćwiczenia paradnej musztry, został zwolniony z wojska. Wrócił do Warszawy, założył rodzinę. Tu zastał go wybuch I wojny światowej.
Dlaczego wspominam tych dwoje byłych mieszkańców Komorowa teraz, w końcu roku, a nie w maju, w rocznicę ich śmierci? Otóż, na okres ich dojrzałej młodości przypadły wydarzenia, od których mija właśnie równe 90 lat. Odcisnęły one tragiczne piętno na życiu wielu ludzi, na losach całych narodów w naszej części Europy. Chodzi o bolszewicki przewrót z jesieni 1917 r., pompatycznie zwany za czasów Związku Radzieckiego (także w PRL) Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową. Nie jest moim zamiarem czczenie tej rocznicy, jak to się czyni jeszcze dziś w niektórych państwach. Najlepiej byłoby o tamtej tragedii (przede wszystkim narodu rosyjskiego) zapomnieć, jednak wiąże się z nią zbyt wiele ofiar i cierpień ludzkich. Okres pobytu w Rosji ogarniętej bolszewickim terrorem był dla mojego dziadka najcięższym doświadczeniem w jego i tak niełatwym życiu. On i Maria Dąbrowska mieli zupełnie różny ogląd tych wydarzeń.
W 1915 r., przed zbliżającym się z zachodu frontem, nastąpiła ewakuacja instytucji państwowych i fabryk zarządzona przez władze carskie. Jednocześnie z zachodu napływała wielka fala uciekinierów, wywołana obawą przed okrucieństwem Prusaków, którego przykładem była tragedia Kalisza, opisana przez Marię Dąbrowską w powieści "Noce i dnie". Dziadek mój włączył się w tę falę zabrawszy ze sobą żonę i troje małych dzieci. Po wielu miesiącach znalazł się w okolicach Mohylowa (dzisiejsza Białoruś). Front się ustabilizował. Dziadek najpierw wydzierżawił, a potem kupił młyn, zaczął się cieszyć szacunkiem miejscowej ludności i rozważał osiedlenie się na stałe. W 1917 r. wszystko się zmieniło. Interes podupadł, nasilał się bolszewicki terror. Moja matka zapamiętała na całe życie, jak bardzo się bała, wtulona w fałdy matczynej spódnicy, podczas nocnych rewizji przeprowadzanych przez bojówki bolszewickie w celu wydarcia "kułakom" ostatniej kopiejki.
Na terenach objętych władzą bolszewików znalazły się tysiące "bieżeńców" (z ros. uciekinierów - dziś powiedzielibyśmy uchodźców) z kongresówki. Ich sytuacja stawała się tragiczna. Dawni poddani cara postanowili wysłać delegację do nowych władz. Kilka dni czekali w Piotrogrodzie na przyjęcie. Trocki miał do nich dłuższą przemowę ideologiczną. Oni prosili o konkretną pomoc. Zniecierpliwiony Lenin, który do tej chwili przeglądał jakieś papiery, poderwał się i wrzasnął: "Mało tam macie dworów? Idźcie i bierzcie, co wam potrzeba!". W większości nie skorzystali z tej rady. Nie chcieli przykładać ręki do hekatomby ziemiaństwa polskiego na Kresach Wschodnich. Pozostawał powrót do Polski, która odradzała się w tym czasie. Podróżowało się wówczas jeśli nie pociągiem, jak Cezary Baryka z powieści Żeromskiego, to najczęściej pojazdem ciągniętym przez konie. Mieszkalny wóz, którym podróżował dziadek ze swoją rodziną wielokrotnie był przetrząsany przez bolszewików. Nie znaleźli oszczędności ukrytych w wiadrze ze smarem do kół. Tuż przed granicą zarekwirowali jednak konie. Na szczęście "bieżeńcy" dla bezpieczeństwa nie podróżowali pojedynczo. Wzajemnie pomagając sobie pchać wozy, pokonali ostanie kilkaset metrów do granicy.


Autor tekstu z dziadkiem Bolesławem Lewińskim i babcią Marianną - lata 50 ubiegłego wieku
Autor tekstu z dziadkiem Bolesławem Lewińskim i babcią Marianną - lata 50 ubiegłego wieku



Pierwszy, stosunkowo wczesny zapis w "Dziennikach" Dąbrowskiej związany z bolszewizmem może świadczyć o braku właściwej oceny zjawiska przez młodą dziewczynę, o kierowaniu się skromnym, indywidualnym doświadczeniem w tym zakresie. Pod datą 22.I.1918 zapisała po prostu: "Budkiewicz, uroczy kolega z Brukseli - komisarzem bolszewickim" . Bez komentarza. Jednak stopniowo zaczyna zdawać sobie sprawę z dramatu, który rozgrywał się bez jej udziału. "23.VIII.1918. Piątek. [...] przyszła Iłłakowiczówna, która właśnie tylko co przyjechała z Rosji i mieszka u pani Sobańskiej. [...] Uderzyła mnie jej twarz zniszczona, zbiedzona i smutna, ale bardzo sympatyczna. To jedna z ludzi, którzy tę wojnę przeżywali, zstępując coraz głębiej na samo dno niedoli, a nie jak ja, lecąc coraz wyżej i wyżej nieważkim swoim jestestwem" .
Dwa miesiące później, 28.X.1918 r., Maria Dąbrowska napisała zdanie świadczące o bardzo przenikliwej ocenie rzeczywistego oblicza ruchów rewolucyjnych ogarniających znaczną część Europy, nie pozbawione jednak wiary w słuszność ich celu: "Zbliża się więc chyba wiosna i szczęście ludów, ach, ale ile one się nagrzeszą te ludy, jakie okropne rzeczy mogą się jeszcze dziać, jak długo jeszcze chamstwo będzie się srożyć i panować pod pozorem demokratycznych idei, a bandytyzm i złodziejstwo za najszczytniejsze cnoty będą się podawały" . Cóż za prorocze słowa!
Wciąż obserwujemy oddziaływanie historii na losy jednostek i bezsilność tych ostatnich. Czymże jednak jest w istocie owa wszechpotężna historia? Rezultatem procesów społecznych i działań wybitnych (chyba nie często) jednostek? Sumą przypadkowych zdarzeń? A może przejawem bezmiernej cierpliwości Boga?

--------------------------

Leszek Kołodziejczyk





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.