Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017   2018 
Przejdź do spisu treści. MP nr79/08

Bale w karnawale dawno temu

Felieton z cyklu - "Wokół tradycji"

nr 1 (79) z 2 II 2008r. /str. 17


Dawniej karnawał oznaczał czas zabawy, a post czas pokuty, wyciszenia i modlitwy. W dzisiejszym świecie różnice te zatarły się.

W XIX wieku miasto w czasie karnawału tętniło życiem do późna w nocy. Organizowano bale publiczne, tzn. otwarte dla wszystkich, bale różnych towarzystw i cechów oraz bale filantropijne przeznaczające dochód ze sprzedanych biletów, np. "na korzyść biblioteki Wydziału Lekarskiego", "na korzyść straży ogniowej" itp. Na takich zabawach obowiązywały stroje wieczorowe, był wodzirej, kotyliony, karnety, polonez i biały mazur o świcie. Tak naprawdę było to targowisko panien. Był to ciężki czas dla rodziców mających córkę na wydaniu. Trzeba było ją zaopatrzyć w suknię skromną, w pastelowych kolorach, a jednocześnie taka, żeby zwracała na siebie uwagę. Panienkom nie wypadało nosić klejnotów ani strusich piór; mogły się stroić jedynie w perły i żywe kwiaty. Do tego jeszcze buciki, wachlarz, narzutka, rękawiczki. A wszystko razy kilka, bo przecież dziewczyna nie mogła całego karnawału przetańczyć w jednej sukni.

Jeśli w rodzinie ziemiańskiej było kilka córek, opłacało się na cały karnawał wyjechać do większego miasta i wynająć tam mieszkanie. Nad panienkami czuwała jedna matrona, która co wieczór towarzyszyła im, cała w biżuterii i jedwabiach, cierpliwie siedząc w fotelu do rana, obserwując tańczących, aby "mieć na wszystko oko". Musiały te matki i ciotki mieć żelazne zdrowie, bo przecież od czwartej po południu trzeba było "bywać" z wizytami, w teatrze, w kawiarni, trzeba było zawierać znajomości i zdobywać kolejne zaproszenia na bale. Czasem przydawało się pannie jeszcze kilka lekcji tańca lub literatury, żeby prowadzić konwersację na odpowiednim poziomie. Aby wydać córkę za mąż, nie wystarczało pokazywać ją w towarzystwie, czasem trzeba było samemu też wydać "wieczór tańcujący". Wynosiło się wtedy z salonu meble i dywany, najmowało się dodatkowo służbę do roznoszenia potraw i napojów, przygotowywało jeden pokój na garderobę dla pań i drugi na palarnię dla panów. W ostatni dzień karnawału jedzono, pito i tańczono do północy, kiedy to cichła muzyka i podawano do stołu żur i śledzie. Nie inaczej było na

wsi. Tu w karczmie też muzyka grała do ostatniej chwili. Zbierały się wszystkie kobiety i tańczyły, skacząc przy tym wysoko, żeby im len ładnie wyrósł. Raczyły się pączkami, które były słone i nadziewane słoniną. Szczególna rola przypadała tym młodym kobietom, które w mijającym karnawale wyszły za mąż. To one stawiały starym mężatkom i tym sposobem wkupywały się do grona prawdziwych gospodyń. Niezamężne dziewczyny były wystawiane na beczkę i odbywała się licytacja - który chłopak zapłacił grajkom największy "podkoziołek", temu zagrali i mógł z nią zatańczyć. Wioskowe łobuziaki starały się pannom zaczepić na plecach tzw. "kloc" czyli jakiś śmieć, najczęściej szkielet śledzia. To była "kara" za pozostanie w stanie wolnym.
O północy wywożono grajka na taczce do granicy wsi i rozbijano gliniany garnek z popiołem. A potem kobiety ochlapywały rosołem cztery rogi domu, żeby odstraszyć węże i czyściły wszystkie garnki z resztek mięsa i tłuszczu, żeby przez nieuwagę nie złamać postu.

--------------------------

Irena Domańska-Kubiak





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka. Wszystkie prawa zastrzeżone.