Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017   2018 
Przejdź do spisu treści

Czarne na białym

Na marginesie konsekracji Komorowskiej Świątyni nieznane fakty związane z jej budową

- MP nr 6 (84) z 1 XI 2008r. /str. 25

Ludzie mojego pokolenia wiedzą, co kryje się pod zwrotem "czarne na białym", bo pisanie czarnym atramentem na białym papierze jeszcze nie tak dawno było normą. Waga pisma ręcznego była wielka. Nawet dzisiaj ważne dokumenty - takie, jak na przykład Akt Konsekracji - nie są pisane na maszynie. Ręczny, papierowy dokument przed sądem i w urzędzie nadal jest ważnym, niezbitym dowodem...

Za "moich czasów", czyli wtedy, gdy chadzałam do szkoły, do nauki ręcznego pisania - trudnej sztuki kaligrafii - przykładano wielką wagę. Na czym trudność polegała? Na ślęczeniu godzinami, by litery pisać od linii do linii, a było ich aż trzy. Na dbaniu, by wszystkie były ładne, okrągłe, równo pochylone... Przy tym okropne było noszenie kałamarza z atramentem w płóciennym woreczku. Oczywiście poza tornistrem, bo gdyby się w nim wylał - groziła katastrofa... Pamiętam ciągle brudne palce i problem ze stalówkami. Nim taka się "wyrobiła", a więc nagięła do charakteru pisma - mijał czas... Po pewnym okresie używania znowu stawała się "drapakiem". Robiła więc częściej zadziory w papierze i kleksy...
Ale były też dobre strony tej edukacji - przywiązanie do "procesu pisania". Kwitła epistolografia, czyli sztuka układania listów. Dziś wszechobecny komputer odkłada się bólem w naszych kręgosłupach i brakiem namacalnych kontaktów z drugim człowiekiem. Ładne pisanie poszło do lamusa... I jeszcze na własnej skórze przekonałam się o innym wielkim zagrożeniu. Miesiąc temu nieoczekiwanie padł mój komputer. Z jego wnętrza wyfrunęło wiele bezcennych dokumentów... Nie pomogło zapisywanie na płytkach CD, bo okazało się, że zbyt długo "nie otwierane" - też zawodzą... Przy tej okoliczności wyobraziłam sobie, niezbyt hipotetyczną sytuację, że oto przez nasz glob przechodzi ogromne wyładowanie magnetyczne... Co wtedy się stanie? Padną wszystkie komputery i po naszym "intelektualnym działaniu" zostanie tylko "czarna dziura"... To sobie uzmysłowiłam w nawiązaniu do "nieoczekiwanej choroby" mojego komputera i ciarki przeleciały mi po plecach.
Uważam, że mimo rozwoju techniki, bezcenne jest pisanie na papierze i wydawanie choćby lokalnego pisma, podobnego do naszego Magazynu, bo wtedy jest nadzieja, że z takim trudem zdobywane informacje "z przeszłości" dotrą do następnych pokoleń. Na marginesie tej refleksji przyszła ku mnie następna za przyczyną pewnej fotografii, którą proszę obejrzyjcie uważnie...
Jeśli kogoś na niej rozpoznaliście, proszę o kontakt osobisty lub listem (!) elektronicznym. Adres redakcji - w stopce MP. Można też wrzucić kartkę, czyli papierowy dokument, do skrzynki na furtce plebanii, albo oddać w zakrystii.



Podopieczni oficerowie 1940 r.




Kogo i co ja zobaczyłam na tej starej fotografii? Przede wszystkim wspaniałą, żeby nie powiedzieć wielką, postać Komorowa - panią Wandę Dwornicką. To ta pierwsza kobieta, od lewej, obok niej siedzi Halina Łozińska. Za nimi stoi córka pani Wandy - Zofia, przyszła żona Józefa Eryka Albina, matka pani Marii Albin [czytaj "Dziedzictwo Bożego Daru", MP nr. 47 z 12 IX 2004 str. 14 - 16]. Niestety, wśród męskiego grona żadna twarz nie jest mi znajoma, choć wydaje się, że z tyłu, za córką p. Dwornickiej, widzę kawałek twarzy pana Mariana Krassowskiego, ojca Majki i Ireny. Zdjęcie zrobiono w 1940 roku, o czym na odwrocie informuje piękny kaligraficzny zapis, na posesji państwa Dwornickich (róg ul. Prusa i Słowackiego), że w Komorowie - o tym też napisała czyjaś ręka. W oddali na horyzoncie widzimy las. Kto nacisnął spust aparatu? Niewykluczone, że mąż pani Haliny - Władysław Łoziński. Zrobił je swoim "cackiem", bo fotografię odkryłam wśród jego pamiątek i innych równie bezcennych zdjęć.



Władysław Łoziński - w lustrze, Komorów 1936 r. Salon




Na drugim (zrobionym w lustrze) widzimy ów aparat i jego właściciela. To pochodzi z 1936 roku. Na odwrocie tego poprzedniego napisano jeszcze: "podopieczni oficerowie".
Intrygujący dopisek!
Użyto go w znaczeniu dosłownym, czy w przenośni? Wprawdzie trzech panów ma na sobie fragmenty mundurów, ale czy są to żołnierze przegranej kampanii 1939 roku? Czy to już konspirujący? Jeżeli tak, to co robią w Komorowie? Czy już otrząśnięto się po klęsce? Chyba nie, jeśli zdjęcie zrobiono wiosną 1940 roku. Całkiem możliwe - gdy jesienią...
Ale w świetle tego, co wiem o "tamtym" Komorowie, nasunęło mi się inne skojarzenie.
Otóż Wanda Dwornicka długie lata była "sercem i mózgiem" naszej miejscowości. Niejeden pomysł niespożytej p. Wandy musieli realizować mężczyźni. Była "generałem" - oni "oficerami"... Jeszcze przed II wojną to ona nalegała, aby Komorów wziął się za budowę kościoła. To z jej inicjatywy na zebraniu Rady Gromadzkiej osiedla Komorów - Wille dnia 22 listopada 1938 roku zapadła decyzja o przejęciu na rzecz wspólnoty ofiarowanych przez Józefa Markowicza gruntów. Stosowne dokumenty z tego zebrania znajdują się w: Archiwum ksiąg wieczystych przy Sądzie Rejonowym w Pruszkowie księga nr 386 Miasto - Ogród Komorów. Jest tam protokół z tego zebrania Rady w składzie: przewodniczący sołtys Stanisław Talmont, podsołtys Bolesław Kapuściński, sekretarz rady Marian Krassowski, Stanisław Dwornicki, Janina Hoffmanowa, Edmund Kazimierski, Konrad Kudrewicz, Wanda Majewska, Grzegorz Szwarc.

Przedmiotem spotkania było przejęcie darowanych przez Markowicza gruntów, tzn.: działka nr 21 - 15837 m2 przeznaczona na "Zieleniec", działka nr 153 - 6278 m2 przeznaczona pod szkołę, działka nr 154 - 1440 m2 przeznaczona "pod budowę Gminy", działka nr 173 - 6264 m2 przeznaczona pod budowę kościoła, działka nr 375 - 10635 m2 przeznaczona na boisko, działka nr 383 - plac Mickiewicza - przeznaczona na skwer, działka nr 384 - plac Paderewskiego - przy placu kościelnym, wszystkie ulice [osiedla Komorów], a także ulice resztówki Komorów A. Rada upoważniła trzech swoich przedstawicieli do rejentalnego przepisania tytułu własności na imię Gromady Komorów [pod dokumentem odręczny podpis Stanisława Talmonta]. Z tego, co wiemy, do przejęcia gruntów doszło [1]
Niebawem mieszkańcy rozpoczęli przygotowania do budowy świątyni. Miała stanąć w wyznaczonym miejscu, przy placu Paderewskiego. Wykonanie projektu zlecono wybitnemu architektowi, profesorowi Politechniki Warszawskiej i Akademii Sztuk Pięknych - Brunonowi Zborowskiemu. [2]
Niestety, wybuch II wojny światowej pokrzyżował wszelkie plany Rady Gromadzkiej osiedla Komorów - Wille. Do sprawy wrócono niezwłocznie po jej zakończeniu, jeszcze w 1945 roku. Motorem działania była oczywiście pani Wanda Dwornicka i "świeżo upieczony " mąż jej córki - Józef Eryk Albin. Dla porządku dodam, iż proboszcz macierzystej parafii włączył się do "akcji z opóźnieniem". Gdy jednak wreszcie to się stało, p. Wanda dyskretnie usunęła się w cień. Ale o wzniesieniu kościoła już nie można było marzyć. No i lokalna władza "położyła rękę" na społecznych gruntach. Zwodzony Komitet i Starsza Pani nie dawali za wygraną. Mnożono pomysły, jak pokonać przeszkody. Upór szedł przeciw uporowi i sprawił, że wreszcie się udało. Jednak zgodę otrzymano na wzniesienie Kaplicy. W innym niż przewidywano miejscu. Na maleńkim placyku. Komorowanie zgodzili się, bo bardzo chcieli podziękować Opatrzności za trzykrotny cud ocalenia osady. Kościół miał poczekać na lepsze, bardziej sprzyjające czasy... [3]
Budowę Kaplicy, jak wiadomo, zainaugurowano dnia 12 września 1948 roku uroczystą mszą świętą polową odprawioną z udziałem ks. kanonika Edwarda Tyszki - dziekana Pruszkowa na placu Mickiewicza, w miejscu, gdzie miała stanąć Kaplica - Wotum. Po mszy św. nastąpiło wmurowanie Aktu Erekcyjnego w stępkę fundamentu.
Pierwszy udokumentowany zapis, dotyczący dziejów budowy, pochodzi z 2 stycznia 1947 roku. Pod tą datą w Kronice Parafii proboszcz Pęcic, do której należał Komorów, zapisuje fakt powołania Tymczasowego Komitetu Budowy Kaplicy w osobach (podajemy w kolejności zapisu): Wanda Dwornicka, Józef Albin, Halina Łozińska, Czesław Gasparski, Piotr Moroz, Czesław Zawadzki, Adam Kaczurba, Bolesław Kucharski, Marian Jastrzębski oraz ks. Józef Jakubczyk. [4]
Z tego okresu pochodzi też jeden ze szkiców wykonany ręką projektanta - prof. inż. arch. Bruno Zborowskiego. Jest to rotunda o średnicy (wewnętrznej) 10 metrów, z dwiema dzwonnicami i maleńkim (przykrytym dachem) gankiem.
Pokrycie spadzistym dachem strzelistej rotundy, umieszczenie po jej środku latarni, kształt okien, drzwi oraz dachu nad gankiem sprawiają, iż budowla wyglądem nawiązuje do rotundy romańskiej.
Dopiero doprojektowanie dwóch maleńkich naw (o średnicy 3,5 m), opasujących rotundę pełnym kołem, przy rezygnacji z ganku na rzecz uzyskania dodatkowej przestrzeni od przodu, czyli tzw. kruchty, wybudowanie tylko jednej, lewej dzwonnicy, zmiana kształtu pokrycia dachu, wprowadzenie rytmu kolumn - po dwie pary przy przejściu z nawy głównej do naw bocznych i kolumn od frontu - całkowicie zmieniają charakter budowli. Widzimy to wyraźnie, gdy porównamy załączony szkic do fotografii z 1958 roku.
Zmiany sprawiły, iż Kaplica bardzo upodobnia się do znanej budowli Rzymu - Panteonu.
W tym miejscu należy zauważyć, że część owych zmian poczyniono tuż przed przystąpieniem do wznoszenia budowli, jeszcze na etapie jej projektowania, część w trakcie pierwszej rozbudowy (w roku 1955 za czasów ks. J. Jakubczyka), zaprojektowanej prawdopodobnie przez autora pierwowzoru - prof. B. Zborowskiego (pan W. Wargenau przypomina sobie wizyty architekta na budowie). Należy sądzić, że owo podobieństwo do PANTEONU nie jest przypadkowe, bowiem Profesor nie tylko był wybitnym architektem, ale także wielkim patriotą, czynnym żołnierzem Armii Krajowej i w owych trudnych czasach świadomie uciekł się do architektonicznej symboliki. Był on także świadomy tego, że komorowianie nie tylko dziękowali Bogu za uratowanie ich życia i domostw, ale chcieli też zachować pamięć o tych, którzy na ołtarzu Ojczyzny złożyli dobro najwyższe - życie i męczeńską śmierć.
Patriotyzm mieszkańców osady był w tamtych dniach naprawdę godzien podziwu. Miłość do Boga i Ojczyzny znajdowała wyraz w dynamicznym rozwoju wspólnoty Kościoła. [5] Przez nikogo nie inspirowani ludzie, mimo umęczenia wojną i biedą, z uporem krok po kroku, własnymi środkami zbudowali Kaplicę. Cement zdobywali niemal "spod ziemi".

Z ruin Warszawy przywożono cegły. Miejscowi murarze - z Henrykiem Leszczyńskim na czele - wznieśli mury świątyni. Pracę nadzorował młody mieszkaniec pobliskiego Pruszkowa, a w przyszłości Komorowa - świeżo upieczony absolwent Politechniki Warszawskiej - Włodzimierz Wargenau. Kamieniarka również była dziełem miejscowego majstra - Władysława Słowika. Spod jego dłuta wyszły wszystkie zwieńczenia kolumn, przepiękne wyrzeźbione w piaskowcu modernistyczne kapitele.
Dziś niestety w całości pokryte tynkiem... Zaprojektował je oczywiście prof. Bruno Zborowski. Tu ważna uwaga! Ów modernistyczny rysunek zwieńczeń kolumn wskazuje na to, że projekt nawiązywał do architektonicznej myśli okresu międzywojennego. Starzy mieszkańcy wręcz twierdzą, że Kaplica wiele "wzięła" z przedwojennego projektu kościoła, że tak naprawdę jest jego prezbiterium.
Przez cały czas trwania budowy komorowanie gromadzą się na mszach świętych polowych i różnych nabożeństwach, odprawianych pod gołym niebem w cieniu wznoszonych murów, później w niezadaszonej Kaplicy, albo we wzniesionej również z inicjatywy społecznej drewnianej szkole Na Zieleńcu. Widząc pobożność ludu Komorowa, w 1953 roku Kuria wydaje pozwolenie na stałe odprawianie nabożeństw w Kaplicy oraz prowadzenie na miejscu w Komorowie pracy duszpasterskiej. W pięć lat później, w 1958 roku władze Kurii Warszawskiej Metropolitalnej powołały parafię w Komorowie.



Ewa Łozińska-Kowalska na tle budowanej kaplicy 1952 r.


Dobrze, że obchodząc ważne dla nas uroczystości nie zapomnieliśmy o tych, którzy nie tylko fizycznie mury wznosili, ale przede wszystkim usilnie zabiegali... abyśmy byli JEDNO. Wśród wielu osób niezmordowanie o to "walczących" była ona, drobna, mała, niemłoda już kobieta. Mała wzrostem, ale wielka duchem - Wanda Dwornicka.
Zastanówmy się, co możemy zrobić, by o niej i jej przesłaniu pamiętać? Może warto jej imieniem nazwać jedną z komorowskich ulic? To pytanie adresuję do naszych Radnych.


--------------------------

Lidia Kulczyńska-Pilich





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka. Wszystkie prawa zastrzeżone.