Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści

Władysław

W cieniu dwóch tablic

- MP nr 6 (84) z 1 XI 2008r. /str. 29-32



Gdy rok temu postanowiłam uważnie "przyjrzeć się" tablicom w naszym kościele, poznać ludzi, których imiona na nich wyryto, nie sądziłam, że odkryję tyle faktów z historii naszego Miejsca i naszego Kraju. Nie przypuszczałam też, że tak wiele czasu strawię na składaniu w całość strzępów informacji i pojedynczych słów... Ale, nie szkoda mi godzin oddanych na szukanie dokumentów, fotografii, adresów, dziesiątków telefonów do osób, które niegdyś między nami mieszkały, które coś wiedzą, co mogą nam opowiedzieć. Nie żal... Zresztą w zamian otrzymałam sowitą nagrodę. Poczucie radości i dumy, że jestem cząstką wspaniałej WSPÓLNOTY, której na imię Komorów.

Świętych obcowanie... - tak wspominanie tych, co odeszli, ich chwalebnych dzieł i czynów, nazywał wielki człowiek i kapłan śp. ks. prałat Zdzisław Peszkowski. Zatem w ten szczególny "listopadowy czas" przywołajmy ku nam jedną z dwóch postaci z lewej tablicy, jedną z dwu o identycznym imieniu i nazwisku. Dopisane przy nich słowa: "junior" i "senior" komunikują, iż osoby łączyło najbliższe z możliwych powinowactwo - krwi...
Co jeszcze?
Że syn był studentem, a ojciec inżynierem. I, że obaj oddali swoje życie za Ojczyznę. Dowiadujemy się też, ile mieli lat w chwili śmierci, i że ojciec o kilka miesięcy przeżył syna...Tyle, nic więcej.
Tymczasem Władysław Łoziński - senior, bo o nim chciałaby dziś opowiedzieć, nie był postacią tuzinkową, nie był inżynierem jakich wielu... Był wybitnym polskim konstruktorem, wielkim patriotą, ale przede wszystkim wspaniałym OJCEM.


* * *

Oto siedzę naprzeciwko kobiety, którą znam od roku. Znam ją jako 13-letnią dziewczynę z kartek pisanego ponad 60 lat temu pamiętnika Majki Krassowskiej. Pani Ewa Kowalska z domu Łozińska tak często gościła na pożółkłych stronicach, że bez trudu w wyobraźni zbudowałam sobie jej portret. Na ile prawdziwy...



Władysław Łoziński w swoim komorowskim gabinecie. Fot. aut. NN, 1934 r., zbiór LKP, z rodzinnego albumu E. Kowalskiej



To oczywiste, że siedzi przede mną kobieta starsza od dziewczyny, którą oswoiłam w moich "rozmowach z duchami", starsza o kilka dziesiątków lat, ale jej bystrość, dynamika, ekspresja wypowiedzi, emisja głosu i sylwetka starszej pani - szczupłej, wysportowanej - absolutnie odpowiadają moim wyobrażeniom.
Siedzimy w saloniku umeblowanym antykami, które niejedno widziały i niejedno słyszały. Na ścianach obrazy, dużo starych fotografii. Na stole koronkowy obrus. Pijemy herbatę w filiżankach z kruchej porcelany... Wszystko tworzy nastrój sprzyjający podróży w przeszłość... W dni dobre i bolesne, wesołe i okrutne...
- Nasza przyjaźń, Majki ze mną, była przyjaźnią odziedziczoną. Jej mama, jeszcze gdy była Julią Mierczyńską, przyjaźniła się z moją ciotką - Alicją, siostrą mojej Mamy - mówi pani Ewa.





Halina Łozińska. Fot. aut. NN, 1934 r., zbiór LKP, z rodzinnego albumu E. Kowalskiej



To właśnie z ową ciotką panna Julia w 1919 roku wyruszyła na wojnę. Kobiety jako sanitariuszki pośpieszyły z Warszawy, aby bronić Lwowa. Obie nabawiły się tyfusu i o mało nie umarły... Przeżyły, a zahartowana w boju przyjaźń przetrwała lata próby, przekładając się na bliskie, niemal rodzinne stosunki. Później mąż Juli, ojciec Majki - Marian Krassowski, namówi Władysława Łozińskiego do kupna działki w Komorowie. Dom wraz z otaczającym go dużym (o powierzchni 3 500 m2), pięknym ogrodem stał się wielką miłością, prawdziwym hobby bohatera naszej opowieści... i niemym świadkiem rodzinnej tragedii. [1]
- W czasie II wojny światowej do naszego domu w Komorowie wiele razy przychodziło gestapo. Osiem, dziesięć, a może więcej razy... Niemal "przywykliśmy do ich wizyt". Jednak w ten listopadowy dzień przyszli ostatni raz, zabrali go i nigdy do nas nie wrócił. Pamiętam, to był wtorek 7 listopada 1944 roku. Deszczowy, szary, prawdziwie jesienny dzień. Parę minut po godzinie 10 rano na tajne komplety pensji Szachtmajerowej przybiegła zdenerwowana Mama. Przyniosła wiadomość, że zabrali Tatę. Panny Poselt dopiero co "zainstalowały się" w Komorowie, bo budynek ich szkoły na Ochocie najpierw Niemcy zajęli na szpital, a później zniszczyli. Ponieważ cały żeński Komorów uczył się u Szachtmajerowej, więc ktoś po Powstaniu szkołę do nas sprowadził. Lekcje, jak to na kompletach, odbywały się po domach. Tego dnia w domu państwa Minkiewiczów. Oni mieszkali przy ul. Zygmunta Krasińskiego w takim dużym drewnianym domu, który po wojnie kupił Feliks Parnell. Czy tam dziś mieszka ktoś z jego rodziny, albo z rodziny Zizi Halamy? [2] - pyta pani Ewa Kowalska z domu Łozińska i nie czekając na odpowiedź snuje dalej swoje wspomnienia.


Dom państwa Łozińskich w Komorowie otaczał ogromny ogród o powierzchni 3 500 m2. W całości urządzony rzadkimi okazami przez jego właściciela - Władysława Łozińskiego. Stan z 1935 roku. Fot. aut. NN, zbiór LKP, z rodzinnego albumu E. Kowalskiej



- Mimo, że od chwili, gdy "miecz wojny" ostatecznie rozciął na pół moją rodzinę, minął szmat czasu, pamiętam każdy szczegół tego dnia. Tak dokładnie, jakby to było wczoraj... - Po krótkiej pauzie sama sobie stawia retoryczne pytanie: - Jaki był mój Ojciec... - i nieco ponaglona moim zaciekawionym wzrokiem, odpowiada. - Przede wszystkim był człowiekiem niezwykle pracowitym. Ciągle coś kreślił, pisał, nad czymś ślęczał... Przy tym był bardzo wesoły, dowcipny, pioruńsko inteligentny i błyskotliwy... Nawet jak odpoczywał, to zawsze aktywnie, albo z książką w ręku, albo krzątając się po ogrodzie, albo wędrując z moim bratem po górach. Grał pięknie na skrzypcach. Znał biegle 5 języków. Taki był mój ojciec. Od 64 lat bardzo za nim tęsknię i jak relikwie przechowuję pamiątki po nim. Wśród nich zegarek, który, w ostatniej chwili cofając się od progu, zdjął z ręki i podał Mamie. Zginął w obozie koncentracyjnym Buchenwald pod Lipskiem - oddział Tekla. Dosłownie na parę godzin przed wejściem wojsk amerykańskich. Niemcy podpalili baraki i do uciekających otworzyli ogień z karabinów maszynowych. Uratowało się niewielu. Od jednego z nich moja matka dostała wiadomość, że Ojca zastrzelili. Nigdy oficjalnie tej wiadomości nie potwierdzono. Odtąd dzień wyzwolenia obozu, a więc 18 kwietnia 1945 roku, obchodziliśmy jako datę Jego śmierci. W lipskim parku miejskim stoi niewielki obelisk z lakonicznym napisem informującym przechodniów, że w tym miejscu był oddział Buchenwaldu. To jedyne wspomnienie pochówku wielu ludzi, w tym także mego Ojca. Drugie, to skromne epitafium w komorowskim kościele.
Sądzę, że choćby tylko z tego względu powinnam napisać to wspomnienie, po to, byśmy bliżej poznali człowieka, który kiedyś był naszym sąsiadem. Który zginął broniąc godności Polski i Polaków, a więc także naszej - mieszkańców Komorowa. Którego duch - o czym powinniśmy pamiętać - z całą pewnością towarzyszy modlitwom sprawowanym w naszym kościele.
Urodził się w 1892 roku w Warszawie. Łatwo zatem obliczyć, że znaczna część życia Władysława ŁOZIŃSKIEGO przypadała na czasy Polski rozbiorowej, na dni, w których w rodzinach takich jak jego, tęskniono za Krajem wolnym i przez całe 123 lata tradycja niepodległościowa żywa była na tyle, że gdy Ojczyzna była w potrzebie, jej synowie i córki nie szczędzili daniny krwi.
Był najstarszym z czworga dzieci warszawskiego rejenta. Młodszy o 4 lata brat Stefan zginął w wojnie 1920 roku. Starsza z dwóch sióstr - Zofia, z męża Popławska, pod pseudonimem "Boguwola" pisywała do znanego pisma kobiecego "Bluszcz". Ostatnia młodsza o 8 lat - Józefina wyszła za mąż za wielkiego Polaka - Albina Skroczyńskiego. [3]
Ojciec Władysława Łozińskiego - także Władysław - w Wolnej Polsce pracuje jako notariusz w Kutnie. Wcześniej jednak Władzio skończy znane w Warszawie męskie gimnazjum realne im. Wojciecha Górskie go, a następnie najlepszą w owych czasach szkołę techniczną im. Rotwanda i Wawelberga, po skończeniu której wyjeżdża na studia politechniczne do Niemiec. Po ich ukończeniu wraca do kraju i obejmuje stanowisko konstruktora Zakładów Zbrojeniowych w Ostrowcu. Tam w 1916 zawiera związek małżeński z panną Haliną Dobrzyniecką. Z tego związku przyszło na świat dwoje dzieci: w 1920 roku syn Władysław, a w 1929 córka Ewa.



"Nasza przyjaźń, Majki ze mną, była przyjaźnią odziedziczoną..." Dziewczynki nie tylko mieszkały naprzeciwko siebie, nie tylko pisały każdego dnia do siebie listy, nie tylko godzinami wisząc na swoich furtkach gadały ze sobą, ale mimo różnicy wieku - prawie 2 lat, w tym samym czasie poszły do I Komunii św.; Fot. aut. NN, 1940 r., zbiór LKP, z rodzinnego albumu E. Kowalskiej


W czasie I wojny światowej Władysław Łoziński obejmuje w Warszawie stanowisko zastępcy kierownika sekcji uzbrojenia Armii. W latach 1921 - 1925 jest kierownikiem biura technicznego w Państwowej Fabryce Karabinów na Woli i jednocześnie asystentem katedry fizyki doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego. W roku 1935, gdy rząd polski wykupił koncern Škody na Okęciu, zostaje wicedyrektorem działu technicznego, a w roku 1937 dyrektorem technicznym Polskich Zakładów Lotniczych. Mieszczący się na Okęciu PZL jest w owym czasie jedną z wiodących placówek konstrukcyjnych w kraju. Pod kierownictwem Władysława Łozińskiego zostają skonstruowane i wykonane silniki G 594 (Czarny Piotruś), silniki G 1620A, G 1620 - Foka, oraz silnik Gr 760. Ten ostatni wmontowany w samolot RWD-9 w 1934 roku wygrał Challenge. Montaż zapowiadanego hitu polskiej techniki lotniczej: silników Waran i Legwan niestety zbiegł się z wybuchem II wojny światowej...
Przywoływanie symboli silników może nie każdemu trafi a do wyobraźni, ale znawcy tematu wiedzą, że to naprawdę były wielkie osiągnięcia młodego, odradzającego się państwa polskiego. Za pracę na rzecz uzbrojenia w 1931 roku Rząd RP przyznaje Władysławowi Łozińskiemu Złoty Krzyż Zasługi, a w trzy lata później za pracę nad rozwojem przemysłu lotniczego uhonoruje go Orderem Polonia Restituta.
Wybuch wojny 1939 roku przerywa pracę Władysława Łozińskiego jako badacza i konstruktora. Dnia 5 września zakłady PZL zostają zbombardowane.


po lewej: Dzieci Haliny i Władysława Łozińskich - Władek i Ewa w oknie domu w Komorowie przy ul. Słowackiego. Fot. aut. NN, 1933 r., zbiór LKP, z rodzinnego albumu E. Kowalskiej po lprawej: Ojciec, nawet odpoczywał aktywnie... Lata okupacji niemieckiej - Władysław Łoziński w ogrodzie. Fot. aut. NN, 1943 r., zbiór LKP, z rodzinnego albumu E. Kowalskiej


- Pamiętam do dziś ten dzień - mówi córka. - Ojciec razem ze współpracownikami ratował zakład. Wynosiłz pożaru co się dało, plany, mapy, różne dokumenty. Do domu wrócił świtem. Był potwornie osmalony. Kilka dnipachniał dymem na kilometr. Przyniósł też pamiątki Aeroklubu RP. Długie lata przechowywaliśmy je w naszym domu w Komorowie. Wśród nich była "Pamiątkowa Księga" z dedykacjami najsławniejszych lotników, puchary i plakietki. Za radą kolegów Ojca, którzy przeżyli wojnę, moja Mama oddała je dopiero po odwilży, po 1956 roku, wtedy, gdy zmieniło się nastawienie władz do działaczy Aeroklubu RP. Ich przekazanie było bardzo uroczyste. Żałowałam, że Ojciec tego nie oglądał.


* * *

W styczniu 1940 roku Niemcy po raz pierwszy złożyli wizytę w domu Władysława Łozińskiego przy ul. Słowackiego w Komorowie.
Przyszli z propozycją współpracy przy odbudowie Zakładów Lotniczych. Otrzymali odmowę. Trzykrotnie ponawiali "tę ofertę". Zawsze słyszeli stanowcze "Nie".
- Pamiętam, że musieli do nas przychodzić z tłumaczem, bo Ojciec mówił, że nie zna niemieckiego - wspomina pani Ewa. - To oczywiście nie było prawdą i oni chyba o tym doskonale wiedzieli. Znali przecież jego życiorys. Wiedzieli, że studiował w Niemczech. Ale Tata nie trwał w bezczynności. Przez całą okupację prowadził wykłady z budowy maszyn w szkole im. Wawelberga, czyli w tajnej politechnice. Był członkiem ZWZ, potem AK, o pseudonimie "Mikołaj". Pamiętam z tego czasu częste wizyty pana Władysława Doruchowskiego. [4] Gdy przychodził - obaj znikali za drzwiami Taty gabinetu i długo rozmawiali. Jak się później okazało, mój ojciec prowadził przy Komendzie Głównej zakład o kryptonimie "Cieśla", pracujący nad produkcją broni, amunicji i granatów ręcznych. Przygotowywał broń dla Ruchu Oporu i Powstania Warszawskiego, które zabrało mu jedynego syna. Zarówno upadek Powstania, jak i śmierć Władka, Ojciec bardzo przeżył.

Władysław Łoziński

Od tamtego czasu minęły 64 lata, a ja ciągle na mojego Ojca patrzę oczyma 15-letniej dziewczynki i widzę nie bohatera, ale zwykłego tatę, który kochał swój komorowski ogród. Ciągle w wolnych od pracy chwilach z wielkim zapałem go urządzał. Ciekawe okazy sprowadzał z różnych ogrodów botanicznych, nawet z Londynu. Wiele czasu poświęcał nam dzieciom. Chodził z nami do muzeum, do Zachęty. W czasie wakacji pokazywał góry, bo był zapalonym taternikiem. Gdy z bratem szedł na wspinaczkę, ja z Mamą czekałam na ich powrót w schronisku Morskiego Oka. Jak się powrót wydłużał, byłyśmy zdenerwowane. Kupował mi masę książek. Cieszył się, jak je czytałam. Na wycieczkach uczył nas poznawania ptaków i nazw roślin w naszym ogrodzie. Mnie i brata uczył angielskiego i niemieckiego. Przez wiele lat bardzo mi Go brakowało. Zabili Go, gdy miał 53 lata, [5] ale najbardziej mnie boli, że nie ma grobu. - Kończy pani Ewa Kowalska z domu Łozińska.


* * *

Co dało to spotkanie? Poza tym, że moje zbiory powiększyły się o 80 bezcennych zdjęć, a w dyktafonie przywiozłam mnóstwo nowych nieznanych informacji, to jeszcze okazało się, że nie zawiodła mnie moja wyobraźnia - szczupła, drobna, zadzior- na dziewczynka okazała się mentalnie dokładnie taka, jaką ją opisała 64 lata temu Majka, Majka Krassowska...


___________________________

Bibliografia: Na podstawie hasła: "Władysław ŁOZIŃSKI" opracowanego przez Andrzeja Glassa - "Słownik Biograficzny Techników Polskich", t. 9; 1998 w oparciu o "Kurier Warszawski" 1911 nr 101 dod. poranny s. 3; Księga inż. mech., W. 1935; Olszewicz B.: Lista strat kultury pol. l IX 1939 - l III 1946, W. 1947 s. 154; Glass A.: Polskie konstr. lotn. 1893-1939, W. 1976; Polska techn. lotn. Do roku 1939. t. 1. Źródła osiągnięć, W. 1992 s. 123; "Prz. Lotniczy" 1929 nr 5 s. 443; "Technika Lotnicza i Astronautyczna" 1986 nr 9-10 s. 22-23; To była wspaniała szkoła. Z dziejów szk. im. H. Wawelberga i S. Rotwanda (1895-1951), W. 1995 s. 198; Z historii pol. lotn. wojsk. 1918-39, W. 1978


--------------------------

Lidia Kulczyńska-Pilich





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.