Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści. MP nr87/09

Ludzie i ich domy

rozmowa Lidii Kulczyskiej-Pilich z malarzem Jerzym Cicheckim

- MP nr 2 (87) z 5 IV 2009r. /str.25



Błogosławiony niech będzie dom, którego ściany ukochali ludzie.
W nim bowiem miłość serce ukołysze, każdemu, kto przekroczy jego progi.
Gościu - przestąp próg naszego domu.
Spocznij i nabierz sił na dalszą drogę.


Rodzina Cicheckich
Rodzina Cicheckich na jednej z wielu wypraw po Polsce i świecie. Szumy, Roztocze, 2006 rok


Dziś gościmy w domu państwa Cicheckich, którzy w ub. roku obchodzili 20-lecie swego małżeństwa.
Pan Jerzy Cichecki ma lat 49.
Jest utalentowanym malarzem średniego pokolenia.
Absolwentem wydziału grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom uzyskał w pracowni profesorów Jerzego Tchórzewskiego i Macieja Urbańca.
Pani Beata Cichecka - lat 43.
W 1991 roku ukończyła wydział lekarski Uniwersytetu Medycznego w Warszawie. Posiada dwie specjalizacje zawodowe: pediatrię i lekarza domowego.
Państwo Cicheccy mają dwóch synów: Jakuba lat 19 i Wiktora lat 13.
Zbudowali dom w Granicy, do którego wprowadzili się w 2004 roku, uznając ten dzień za jeden z najszczęśliwszych w swoim życiu.



Dziękujemy za piękne, wróć..., bardzo dobre okładki. Czy na tej zatytułowanej "Środa Popielcowa" widzimy autoportret?
Nie, ja przecież nie mam tylu włosów!
A jednak, przeglądając Pana zdjęcia z czasów młodości dostrzegłam uderzające podobieństwo... Wprawdzie nie bawi się Pan w szczegóły, ale do uchwycenia gestu potrzebny był model, choćby w lustrze. Nie uwierzę, że bez modela namalował Pan w ruchu powstającego z grobu Chrystusa.
Do tej okładki pozował mi starszy syn - Kuba. Wprawdzie nie ma 33 lat, ale to już młody mężczyzna. Poprosiłem go o pomoc...
Świetne okładki, spełniające wszystkie standardy malarstwa i dobrego plakatu. Oszczędne w kolorze. Stylem nawiązujące do postimpresjonizmu.
Patrząc na rozwieszone w domu obrazy nie trudno dostrzec fascynację naturą i zabawę światłem.

Dziękuję za miłe słowa. Istotnie moim ukochanym okresem w historii malarstwa jest impresjonizm. Gdy idzie o plakat, niedościgłymi mistrzami byli profesorowie - Urbaniec i Tomaszewski - których mogłem na żywo podglądać przy pracy. Za czasów moich studiów w plakacie byliśmy, jakw górnictwie - potęgą. Szkoła Polskiego Plakatu nie tylko była rozpoznawana, ale także podziwiana, była niedościgłym wzorem dla artystów całego świata. Wtedy w plakacie czuło się pędzel, dotyk ręki, a nie komputerowe sztuczki.
Czy szybko Pan pracuje?
Tak, szybko. Choć jest to pojęcie względne. Dlatego boję się pójścia na łatwiznę, co grozi każdemu artyście, który lubi malować i przychodzi mu ono bez trudu. Ale konkretne światło, odległy plener, który miewa się na chwilę - przymuszają do pośpiechu. Ten pośpiech, choć bardzo się kontroluję - niekiedy mnie gubi.




Jerzy Cichecki



Pan oczywiście lubi malować? Od kiedy?
Od zawsze, od kiedy pamiętam. Zacząłem malować w wieku 4 lat i proszę sobie wyobrazić, już wtedy był to zawód dla mnie i przeze mnie rozpoznany.
Co to znaczy?
Do naszego domu, kiedy byłem całkiem mały, przyszła nauczycielka. Zobaczyła moje rysunki, myślała, że to są prace Taty. Nie chciała uwierzyć, że to moje - takiego dzieciaka. I Ona, ta nauczycielka, wtedy w 1964 roku uznała, że mam talent i powiedziała, że będę artystą. Od tego dnia jej przekonanie we mnie najpierw dojrzewało, a z latami rosło i potężniało, i gdy skończyłem szkołę w Trojanowie...
Trojanów to wieś czy miasteczko?
Gdzie go szukać?

Trojanów to wieś, w której się urodziłem. Wieś między Rykami i Garwolinem. W Trojanowie moi rodzice prowadzili 8-hektarowe gospodarstwo, byli rolnikami, jak na tamte czasy ani biednymi, ani bogatymi.
No, 8 hektarów za Gierka, to już było coś, a jak poszło się w "badylarstwo", można było być nawet krezusem...
Jednak "Bóg tchnie w kogo chce". W Pana tchnął talent do sztuk plastycznych, a nie do ziemi.




po lewej: Eugenia Cichecka z dziećmi - 10-letnim Jurkiem i 6-letnią Elżbietą.Trojanów, 1970 rok po prawej: Jurek z ojcem - Stefanem Cicheckim. Trojanów, 1971 rok




Chyba talent odziedziczyłem po Mamie. Mama potrafiła pięknie udekorować dom. Poproszona, dekorowała także domy sąsiadów. Potrafiła zamalować ściany różnymi kwiatami. Wyciskała je zwiniętą szmatą maczaną w farbie. Szczerze podziwiałem talent mojej Mamy i sam chciałem robić to co Ona. Gdy więc skończyłem szkołę - wiedziałem, kim chcę być - chcę być malarzem.
No, no, taki niepopularny na wsi zawód. Owszem, wystrugać kozikiem świątka na miedzy, wyciąć serwetkę z papieru w zimowy wieczór, ale żeby rzucić ziemię dla malowania, pójść na niepewny chleb...
To, że mogłem się realizować, zawdzięczam wyłącznie decyzji podjętej przez Tatę. Gdyby powiedział "nie" - musiałbym zostać na roli. Ziemia u chłopa ma pierwszeństwo. A ja przecież byłem jedynym, pierworodnym synem. Poza mną mieli jeszcze tylko o kilka lat ode mnie młodszą dziewczynę. W ręce zięcia nie oddaje się "ojcowizny". Tymczasem Tata bez wahania wyraził zgodę. Wiedziałem, jakie to było z jego strony poświęcenie.
Puszczając mnie w świat z domu, wyzbył się tanich rąk do pracy. Nadto moja nauka kosztowała: farby, papiery, blej tramy, pędzle, odzienie, książki... Nie przesadzę w patosie, jeśli powiem, że mój Tata okazał swą wielkość jako człowiek i jako Ojciec.
Za to nie tylko byłem Mu wdzięczny, ale go szanowałem, kochałem.
No więc było liceum plastyczne.
Tak - dostałem się do Warszawy i do Nałęczowa. Warszawa nęciła, ale Nałęczów miał internat. Padło na Nałęczów.
To, o ile wiem, dobre liceum.
Owszem, dobre i sprofilowanie, jakby ukierunkowane na dzieci biedniejsze, z głębokiej prowincji. Nie tylko dające gruntowne przygotowanie z rysunku, historii sztuki, stylów, ale przygotowujące do zawodu meblarskiego lub zabawkarskiego. Uczyli w nim rzetelni nauczyciele, rozkochani w swojej robocie - zarówno ci od matematyki, jak i od przedmiotów artystycznych. No i jeszcze ta niepowtarzalna atmosfera przesycona bywaniem w Nałęczowie wielkich pisarzy, muzyków, malarzy. Nałęczowskie Liceum Sztuk Plastycznych wywarło na moją osobowość wielki wpływ. Te 5 lat miało dla mojego "JA" ogromne znaczenie, bodaj większe niż wcześniejsze 15 lat życia w Trojanowie.
Stamtąd poniosłem w dorosłe życie nawyk do pracy, umiejętność codziennej troski o siebie i "furę" przyjaciół.
Tam dojrzewałem jako człowiek i jako przyszły twórca. Tam nauczyłem się też prać, gotować, dbać o swój wygląd itp., itd. Długo by o tych czasach i miejscu opowiadać.
Po Nałęczowie w końcu "przyszła" do Pana Warszawa...
Nałęczów wycisnął na mnie takie piętno, że gdy znalazłem się w Warszawie, szybko zaczęła mi ona "uwierać".
Ten ruch, ten smród, te blokowiska.
Poza tym na Akademię dostają się także ludzie po liceach ogólnokształcących, więc "surowi", ja byłem dalej, a musiałem wracać do początku, co nie było frapujące. Dlatego już nie byłem tak pilnym uczniem, a po drugie miasto, duże miasto, wcale mnie "nie kręciło". Podczas studiów mieszkałem w Dziekance. Niby w najpiękniejszym zakątku Warszawy, ale w upalne dni nie było czym oddychać.
Od kopcących spalinami autobusów zatykało płuca. Z biegiem lat, już z żoną, mieszkaliśmy coraz dalej od centrum. Było lepiej, ale przecież ta szufladka na którymś tam piętrze nie była domem. Jak się nie czuje gruntu pod nogami, nie jest się u siebie - czy nie tak? Po dwudziestu kilku latach, na szczęście, "trafił się" nam Komorów - miejsce cudowne. Takie "nasze" chyba do końca dni.
Wieś Granica, nie Komorów.
Jak zwał, tak zwał, ale miejsce jest wspaniałe.
Jak Pan je, to miejsce, chłonie?
Przez zieleń? Czy może próbuje Pan w nie wrastać?




po lewej: Ślub Jerzego z Beatą. Rawa Mazowiecka,1989 rok po prawej: Chrzest starszego syna Jakuba, 1990 rok




Póki co, po zieleń trzeba iść do centrum Komorowa, albo do pobliskiego lasu. Więc nie o zieleń chodzi, ale o ducha miejsca, o ludzi, którzy go tworzą. Mieszkając na Ursynowie blisko 20 lat znaliśmy tylko trzy rodziny.
Tu znamy trzydzieści. Ludzie z naszej ulicy żyją z sobą jak w familii.
Wszyscy jesteśmy w zbliżonym wieku.
Wszyscy sobie mówimy po imieniu.
Nie ma problemu z pozostawieniem dzieci sąsiadowi, nawet na noc, jeśli zachodzi nagląca potrzeba.
Prowadzimy "straż obywatelską", czyli nawzajem doglądamy swoich domostw przed niepożądanymi gośćmi. Żyjemy z sobą tak, jakbyśmy wszyscy chodzili do jednego liceum. Nasze małżonki regularnie raz w tygodniu spotykają się w pobliskim pubie na ploteczki.
Gdy próbowałam się czegoś niestandardowego o Panu dowiedzieć, usłyszałam, że to Pan jest duszą tej mikrowspólnoty. Dwie, a nawet trzy osoby powiedziały, że gdyby przyszło wybierać sołtysa, wybraliby Pana.
Tak powiedzieli, a to miło, ale ja sądzę, że nas scementowało to, że na tej ulicy działki były sprzedawane hurtem, w jednym czasie. Ktoś robił interes, my dostaliśmy "fant" w postaci wspólnego wrastania w Komorów. Poza tym musieliśmy parę inwestycji "zrobić własnymi rękami", albo wychodzić w Gminie: kanalizację, kabel telekomunikacyjny, gaz, drogę. To nas też zbliżyło do siebie. Podejrzewam, że gdybyśmy zamieszkali w pojedynkę, na starej zasiedziałej ulicy, to nie związalibyśmy się tak prędko z miejscem i między sobą.
Ale od Pana naprawdę "bije" ciepło.
Ja je też wyczuwam.

Być może, ale na Ursynowie też mieszkał Jerzy Cichecki, ten sam człowiek, a jednak tam byłem anonimowy.
Tutaj, gdy przyjechałem na swoją budowę, od razu przyszła sąsiadka i zaproponowała kawę, ciasto do kawy.



Z młodszym synem Wiktorem. Warszawa Ursynów, 1998 rok



Zapytała czy nie jestem głodny? Czy nie chcę po pracy się wykąpać? Zaskoczyła mnie i od razu poczułem się jak w domu, albo jak w Nałęczowie.
Wspaniale, ale stanowicie zbiorowość w zbiorowości, której członkowie przyjechali z różnych stron. Kiedy staniecie się miejscowi?
Myślę, że szybko, bo w stosunku do starych mieszkańców my, nowi jesteśmy w większości.
Całkiem nieświadomie opisał Pan sytuację, jaka miała miejsce u nas co najmniej dwa razy. Pierwszy raz w latach 20., gdy za torami kolejki EKD-WKD powstawała "Strzecha Polska", drugi raz w latach 30., gdy rósł Komorów - miasto ogród. Dziś, po tylu latach okazuje się, że "niedostrzeganie" miejscowych źle wpływa na relacje międzyludzkie. Komorów mimo upływu lat nie jest społecznością spójną.
Tak - nie znamy ludzi mieszkających tu od pokoleń, ale gdzie i jak mamy ich poznać. Znam wielu, ale wszyscy tak jak ja mieszkają w nowo wybudowanych domach, postawionych na polach tych, którzy jeszcze nie tak dawno je uprawiali. Ale kto i jak ma nas do siebie zbliżyć. Kościół? Szkoła, do której chodzą nasze dzieci?
Słucham Pana i tak mi się wydaje, że Komorów skazany jest tylko na przyjaźnie pokoleniowe. Zaś jego rozwój socjologiczny warunkuje tempo budownictwa i potrzeba przypływu gotówki u tych, którzy sprzedają ziemię. Nieważne kim są: dziedzicem majątku, jak J. Markowicz czy deweloper stawiający domy na niegdyś chłopskiej ziemi.
Czy może nas scementować coś innego? Jak i gdzie spotkać starych, zasiedziałych sąsiadów? Pamiętam jak się tu przeprowadzaliśmy, nasz starszy syn szedł do ostatniej klasy gimnazjum. W Warszawie na Ursynowie zostawił kolegów i bardzo z nami walczył, żeby do nich dojeżdżać. My stwierdziliśmy, że po pierwsze umęczy się przede wszystkim on, przy okazji my z nim i po trzecie uważaliśmy, że jeśli nikogo tutaj przez ten rok nie pozna - nie będzie już znał nigdy. Będzie zawsze obcy. Syn się poddał. Poszedł do szkoły w wielkim stresie, po roku, jak kończył, powiedział, że żałuje, iż tylko rok chodził do tej szkoły z dzieciakami stąd. Natomiast z naszym młodszym synem jest zupełnie inaczej. Ponad połowa dzieci w jego klasie pochodzi z rodzin, które zamieszkały tu w ostatnim czasie.
Dlatego uważam, że w tej części Komorowa nie ma podziału na nowych i starych. Mieszkający od pokoleń rozpływają się w oceanie nowoprzybyłych. Widzę po szkolnych zebraniach, że nie ma między nami podziałów, dobrze się rozumiemy.
Zatem uważa Pan, że integracja musi nastąpić metodą chałupniczą...
Na to wychodzi, chałupniczą i nieco w "konspiracji".
Mówiąc o miejscu - wyłącznie pada nazwa Komorów, czemu nie Granica?
Nie wiem, ale ja i wszyscy moi przyjaciele uważamy siebie za komorowian. Komorów jest piękny, Granica też pięknieje. Jedynie najgorsze jest przejście między jedną częścią a drugą. Jeśli coś nas boli, to boli nas nasza Gmina. Mieszkam wystarczająco długo, by dostrzec brak uczucia empatii między Komorowem a Michałowicami.
Odbieram silną niechęć do nas komorowian. I to nie jest dobrze.
To jest nasz problem do rozwiązania.
Na szczęście tu w Komorowie mamy księdza podobnego do naszego z Nałęczowa, który doskonale wyczuwa swoich ludzi. Zauważyłem, że na naszego Proboszcza w czasie kolędy czekają i ci, którzy do parafii nie należą.
Czyli znalazł Pan swoje miejsce na ziemi?
Tak znalazłem, powiem więcej, mam wrażenie, że kiedyś tu złożymy swoje kości. I jeszcze jedno, wreszcie mam swój własny pokój do pracy...



Plener we wsi Wygrany na Mazurach, 1996 rok.



No i znowu wróciliśmy do uprawiania talentów... Okładki dla Magazynu zrobił Pan akrylem na papierze, olej na tekturze owszem, ale akryl?
To bardzo trudna technika, trudniejsza od akwareli, tyle że pracę malowaną akrylami można poprawiać, a akwarelę nie. Z trzech wymienionych najłatwiejszy jest olej. Tektura zaś jako podkład jest przyjazna, łatwo się ją upycha w samochodzie. Nie potrzebuje blejtramu, sztalug.
Pytanie z serii niedyskretnych.
Czy dziś, z "czystej sztuki", czyli z malarstwa, można wyżyć?

Osobiście do niedawna nie miałem powodów do narzekań. Moje obrazy od 20 lat, najpierw przez Ars Polonę, teraz przez marszanda prywatnego, bez trudu zbywane są w Japonii.
Dziś rynek sztuki nie tylko w Polsce jest w dołku, ale jakoś sobie radzę.
Gdy zaś u mnie jest "bessa", żona od pewnego czasu wychodzi na prostą.
U niej nawet można mówić o "hossie"...
Ogólnie - 10 lat temu obrazy szły jak ciepłe bułeczki, dziś nie. Chce Pan powiedzieć, że żona zarabia.
A co z męską dumą?

Hm... No... Cóż... Niekiedy role się odwracają.
Co wtedy?
Wtedy trzeba być użytecznym w inny sposób: dzieci dopilnować, zajrzeć do garnków... Jakoś ten trudny okres przetrwać. Już nie raz byłem w takiej sytuacji i zawsze po przeprowadzeniu "rachunku sumienia" wracałem na falę.
Często Pan snuje refleksje nad swoim życiem?
Na początku naszej rozmowy pytała mnie Pani czy na poprzedniej okładce zrobiłem autoportret.
Odpowiedziałem, że nie. Może jednak jest to autoportret. Autoportret duszy.
Lubię się zastanawiać. Stawać w prawdzie. Przyglądać się sobie.
Wiem, że mam ułomności, wiem, że każde dobro i zło zawsze na początku wychodzi z nas, to dotyczy również mojej osoby. Zapytała mnie Pani, jakbym się czuł, gdyby mnie żona utrzymywała?
Odpowiadam. Gdyby stan ten trwało długo, czułbym się podle, bo partnerstwo to równowaga. Również nigdy nie chciałbym mojej żony zamknąć w domu. Nawet gdybym zarabiał krocie. Ileż to żon zajmujących się domem, mężem, wychowaniem dzieci popadło w tarapaty. Bo w porę nie spostrzegło się, że ich ślubny z nich "wyrósł". Dobre małżeństwo moim zdaniem jest jak wysoka rozstawna malarska drabina, składająca się z dwóch jednakowej wysokości drabin. Gdy jedna stabilnie wspiera drugą, bezpiecznie się po niej wspinać, wspinać aż do samiuteńkiego nieba.

--------------------------

Lidia Kulczyńska-Pilich





Przejdź do spisu treści. MP nr87/09

Życie pędzlem opisane

- malarstwo Jerzego Cicheckiego

- MP nr 2 (87) z 5 IV 2009r. /str.20-21



Portret Alicji Szulkowskiej,
olej na płótnie, 55×46 cm, 1989

Portret żony - Beaty Cicheckiej,
olej na płótnie, 55×46 cm, 1986

Portret Ewy Wąsak-Szulkowskiej,
akryl na tekturze, 40×50 cm, 1988

Pejzaż, olej na płótnie, 81×60 cm, 2008


Portret Landry Furmańskiej,
olej na płótnie, 55×46 cm, 1994

Kwiaty, olej na płótnie, 55×46 cm, 2009


Pejzaż, akryl na tekturze, 20×30 cm, 1999




Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.