Redakcja

Foto-
reporterzy

O "MP"

Archiwum

Wybrane artykuły

Foto-
reportaże

Komorów
na łamach MP

Wieczory
w Wieczerniku

Kontakt

Wybrane artykuły


 2003   2004   2005   2006   2007   2008   2009   2010   2011   2012   2013   2014   2015   2016   2017 
Przejdź do spisu treści. MP nr88/09

65 lat na dobre i na złe

Niecodzienny jubileusz małżeństwa

- MP nr 3 (88) z 31 V 2009r. /str. 8

Jak co roku, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych podczas Mszy św. o godz. 12.30 kilkanaście par odnowiło przysięgę małżeńską, dziękując Bogu za dotychczasowe pożycie i jednocześnie prosząc o łaski na dalsze wspólne lata. Obok złotych i srebrnych jubilatów przed ołtarzem stanęła para, która już 65 lat razem kroczy przez życie. I chociaż historia każdej z tych par jest na pewno niezwykła i niepowtarzalna oraz zasługująca na miejsce w naszym magazynie, to jednak tak "rekordowy" jubileusz nie powinien budzić wątpliwości, że wybraliśmy Państwa Zofię i Mieczysława Górskich, aby to oni podzieli się z czytelnikami historią i doświadczeniem swojego tak długiego małżeńskiego stażu.



Państwo Górscy, mimo że oboje grubo po osiemdziesiątce, doskonale pamiętają niemal każdy szczegół początku swojej znajomości i wspólnej drogi. Poznali się jeszcze w czasach szkolnych, krótko przed wojną. Pan Mieczysław uczęszczał wówczas do bardzo dobrej Szkoły Mechanicznej w Pruszkowie, gdzie mieszkała pani Zofia z mamą i młodszą siostrą.
Początkowo znali się jedynie z widzenia, dopiero później poznali się osobiście poprzez znajomych. Kiedy poznałam swojego męża, to chociaż był bardzo przystojny, imponował mi przede wszystkim jako człowiek - tak wspomina tamte czasy pani Zofia. Szczególnie zbliżył ich do siebie fakt, że w młodym wieku oboje stracili najbliższych: pani Zofia ojca, a pan Mieczysław matkę. Jednak ani matka ani ojciec nie byli zachwyceni wyborem swoich dzieci. W tamtych czasach małżeństwo miało zapewnić odpowiedni status materialny, a tu spotkała się bieda z nędzą - śmieje się pan Mieczysław. Ciężki okres okupacji sprawił, że stali się sobie jeszcze bardziej bliscy i w końcu zapragnęli być razem.
Nasz ślub zaplanowany był na 1 sierpnia 1944 i wtedy wybuchło powstanie. Zarówno świadkowie, jak i ksiądz, uważali, że nie jest to najlepszy moment, dookoła wszędzie było pełno Niemców i zrobiło się bardzo niebezpiecznie. My jednak nie chcieliśmy zbyt długo odkładać naszego ślubu, dlatego ostatecznie pobraliśmy się 8 sierpnia - opowiada pan Mieczysław i zaraz dodaje mrugając porozumiewawczo okiem: wcale nie musieliśmy, tylko po prostu była to wielka miłość i chcieliśmy być razem.
Ślub odbył się w parafii panny młodej w Kościele św. Kazimierza w Pruszkowie. Ponieważ czasy były rzeczywiście niezwykłe, to wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj.
Już samo dotarcie do kościoła, zwłaszcza dla pana młodego, który mieszkał w Komorowie, było aktem odwagi, dlatego kiedy wychodził z domu, nic nie powiedział ani ojcu, ani młodszemu bratu. Przypuszczam jednak - mówi pan Mieczysław - że ojciec widząc jak wkładam najlepsze ubranie zaczął się czegoś domyślać. Pani Zofia była w nieco lepszej sytuacji, bo jej mieszkanie znajdowało się nieopodal kościoła, ale też było niebezpiecznie. Proboszcz, ks.Tyszko, choć zgodził się udzielić ślubu w tych niezwykłych okolicznościach, poprosił narzeczonych, aby do kościoła przybyli dyskretnie, od strony zakrystii. I chociaż nie było żadnych gości, to kościół był pełen ludzi, którzy schronili się tutaj przed Niemcami i mimo woli stali się świadkami jakże nie pasującego do tych ciężkich dni wydarzenia. Spośród najbliższych były tylko mama i siostra panny młodej, które też początkowo nie chciały uczestniczyć w tej uroczystości. Sam moment ślubu do dziś mam przed oczyma, pamiętam jak byłam wpatrzona w ołtarz i jak prosiłam Matkę Boską, żeby pozwoliła mi przeżyć z tym człowiekiem chociaż 5 lat, jak obiecałam być dobrą żoną. I rzeczywiście pani Zofia, kiedy wypowiada te słowa, sprawia wrażenie, jakby na nowo przeżywała tamte chwile, jakby to było wczoraj, a nie dziesiątki lat temu. Zresztą jak patrzy się na Jubilatów i słucha ich opowieści, to naprawdę trudno uwierzyć, że minęło już tyle lat. Oni sami też nie mogą w to uwierzyć.
Pamiętam też jak byliśmy ubrani do ślubu - kontynuuje pani Zofia - Mój mąż miał na sobie wytworne ubranie, a ja umówiłam się z kuzynką, że pożyczy mi sukienkę na tę okazję, ale kiedy wybuchło powstanie, to nawet nie wiedziałam, czy kuzynka żyje. Włożyłam więc swoją, taką zwykłą zieloną sukienkę i płócienne pantofelki. Jedynie długie i pięknie upięte włosy dodawały uroczystego charakteru.
Niezwykły a zarazem bardzo zwyczajny był jedyny prezent, jaki otrzymali państwo młodzi od koleżanki pani Zofii. Był to woreczek cukru, ale wówczas kiedy brakowało wszystkiego, stanowił on coś bardzo cennego. Dziś w dobie obfitości, zwłaszcza młodym, którzy nie pamiętają już czasów kartkowej reglamentacji, trudno wyobrazić sobie, jaką radość mógł sprawić taki podarunek.
Po uroczystości ślubnej nie było nie tylko żadnego wesela, ale nawet skromnego przyjęcia. Cieszyliśmy się, że udało nam się bezpiecznie dotrzeć do domu mojego teścia - mówi pani Zofia. To prawda, bo mogło być różnie - wtrąca pan Mieczysław - kiedy bowiem odchodziliśmy od ołtarza, podeszła do nas siostra żony i ostrzegła, abyśmy nie wychodzili z kościoła, bo na ulicy jest łapanka. Poszliśmy więc pomodlić się jeszcze przy bocznym ołtarzu i wyszliśmy dopiero, kiedy zrobiło się trochę bezpieczniej.
Po ślubie zamieszkali w domu ojca pana Mieczysława, który chociaż był bardzo zaskoczony całym tym zajściem, przyjął i szybko zaakceptował swoją synową.
Wspólne życie dostojnych Jubilatów nie było już takie dramatyczne jak sam ślub, ale też nie zawsze było łatwe. Trudnym doświadczeniem losu był pożar pierwszego wspólnego mieszkania, a później choroba nowotworowa pani Zofii. Zawsze jednak wierzyli w Boską Opatrzność i w trudnych chwilach powierzali Jej swoje troski. Dzisiaj oboje mają poczucie, że dobrze przeżyli swoje małżeńskie życie, że postawili na właściwą kartę. Dla nas zawsze najważniejsza była rodzina, dzieci, a nie pogoń za pieniędzmi czy karierą - zgodnie stwierdzają. - Żyliśmy skromnie i uczciwie, czasami rezygnując z możliwości zarobienia dodatkowych pieniędzy czy własnych ambicji tylko dlatego, żeby mieć więcej czasu dla rodziny.
Dziś są bardzo dumni ze swoich dwóch synów, czterech wnuków i tyluż prawnuków. Nie mają także wątpliwości, że podstawą udanego związku jest wzajemna szczerość, zaufanie i szacunek. I kiedy patrzy się na tych dwoje starszych ludzi, to widać w każdym ich wzajemnym geście czy spojrzeniu, że tego wszystkiego na pewno nie zabrakło w ich małżeństwie. Może właśnie dlatego udało im się uniknąć nie tylko większych małżeńskich kryzysów, ale nawet tzw. cichych dni.
Mimo podeszłego wieku, pani Zofia i pan Mieczysław są ludźmi pełnymi życia i radości. Chętnie dzielą się swoim małżeńskim szczęściem, jakby chcieli wykrzyczeć całemu światu, że miłość, która połączyła ich przed 65 laty, naprawdę nie ustała, tak jak nie ustaje prawdziwa miłość, o której pisze św. Paweł w Liście do Koryntian. Dostojnym Jubilatom życzymy, aby dobry Bóg nadal miał ich w swojej opiece, zachował w zdrowiu, obdarzał nadzieją i wszelkimi łaskami.

--------------------------

Małgorzata Goławska





Copyright 2007-2012 © Strona jest własnością Magazynu Parafialnego Parafii NMP w Komorowie.
Projekt / Administracja (LKP), Greyworm & Majka, M. Bąkowski. Wszystkie prawa zastrzeżone.